wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział 62

*Perspektywa Mii*
- Hej jak się czujesz? – zapytał mnie Harry gdy tylko otworzyłam oczy.
- Noga mnie jebie. – zaśmiałam się i podniosłam do pozycji siedzącej. – Ale tak to dobrze.
            Harry pozwolił mi się oprzeć o jego ciało i kulejąc lekko doszliśmy do Sali głównej gdzie wszyscy siedzieli przy dokumentach. Widać było że Liam jest lekko zdenerwowany.
- Ja z tego nic nie rozumiem. – powiedział.
- Beze mnie nic nie zrobicie. – zaśmiałam się. Harry pomógł mi usiąść na krześle strzeliłam palcami i spojrzałam na kartki. – Każdy informator inne sposoby. Oprócz tego ze zbieramy informacje i je przekazujemy, można powiedzieć że bawimy się w pewne kodowanie. Kartki mają pewne oznaczenia w różnych miejscach i trzeba je znaleźć aby ułożyć je chronologicznie. Nie jest to trudne, za zwyczaj zajmuje mi to około pół godziny. Z Edwardem nigdy nie wymieniałam informacji więc po prostu muszę to zrozumieć. - mówiłam przekładając kartki  na różne miejsca. – Dla was to za pewne jest kosmos. – uniosłam jedną kartkę do góry i ustawiłam ją pod światło. Na rogu kartki pojawił się mały symbol „a” co oznaczało ze facet ma system alfabetyczny” co za banał. – Mam. Zaczęłam układać kartki. Po chwili spięłam wszystko zszywaczem i wsadziłam do pliku.
- To wszystko.
- Tak, ale mówię, nie każdy ma taki sam system. Trzeba się trochę nagłowić. – powiedziałam.

*Perspektywa Lucy*
- Czyli nikogo teraz nie ma? – zaczęłam rozmowę kątem oka patrząc na otwarte drzwi do mojej celi.
- Nie ma. – burknął. – Jedz.
- A ty nie masz do kogo jechać?
- Nie.
- Popatrz mi w oczy. – poprosiłam i zaczęłam małą zabawę. – A nie marzy ci się taki dom, rodzina, piesek. Masa kasy. Potem wyjeżdżasz na wakacje na jachty ze znajomymi. Świeże piwo, z lodówki. A potem taka wielka plaża, ognisko, steki. – facet miał oczy wielkość spodków, wyglądał jakby był naćpany. W rzeczywistości było inaczej. Mała hipnoza. – A potem, o bardzo, bardzo, bardzo długim melanżu ciepłe łóżko, razem z żoną. I głęboki, bardzo, bardzo głęboki sen. – facet spuścił głowę. Poszedł spać. Wstałam z ziemi. Jedząc zawsze odpinał mi kajdanki. Podeszłam szybko do niego i zabrałam mu pistolet. Z kratki wentylacyjnej wyciągnęłam plecak Daisy. Założyłam go na plecy a pistolet włożyłam do pochwy przymocowanej na udzie. Wyszłam z pomieszczenia i zamknęłam drzwi  tak by goryl nie mógł się stamtąd wydostać. Uśmiechnęłam się pod nosem  na palcach wydostałam się z piwnicy budynku. Wyszłam na zewnątrz i stanęłam jak wryta.
            Oczekiwałam miasta, lub chociaż jakiejś dzielnicy. Budynku z którego wyszłam stał na zupełnym pustkowiu. Widziałam, las i polanę.  Nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk otwieranej bramy. Nie zastanawiając się długo pognałam do lasu.

*Perspektywa Mii*
- A co powiedzieć na las? – zapytałam pokazując na mapę terenów gdzie umiejscowiony był budynek Mark’a. – Tam rzadko ktoś chodzi, bo według nich kręci się tam dużo dzikich zwierząt. Z pistoletami nic nam się nie stanie. Przejdziemy kilka kilometrów tym szlakiem i dostaniemy się do budynku. Lucy pewnie trzymana jest w jednej z piwnic.
- Nie głupie, ale gdzie chcesz zostawić samochód?
- Na tyłach lasu, potem wszyscy wysiądziemy i…
- Nie wszyscy, ty zostaniesz. – powiedział Harry
- Mogę chodzić. – warknęłam. – Dam sobie radę.
- Tak jak dzisiaj ze schodami.
- Zamknij się. Samochody zostaną tutaj, - wskazałam na początek szlaku.
- Wędrówka zajmie nam cały dzień. – zauważyła Eleonor.
- Nie mamy innego wybory. – wtrącił się Niall.
            Chłopak od kilku dni praktycznie nie funkcjonował. Notorycznie był pogrążony w myślach i nic do niego nie docierało. Dopiero dzisiaj jak zaczęliśmy omawiać odbicie Lu, orzeźwił się jak na zawołanie. Chyba naprawdę się o nią martwił. Muszę to powiedzieć…słodko. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Jutro z rana?
- Nawet po południu, nie wiemy co Mark jej zrobił. – powiedziałam.
- Jestem za. – powiedział Liam.
- Ja też. – wypalił Niall.
- Mi bez różnicy. – wtrącił Harry. Zdrową nogą kopnęłam go w kostkę. – Znaczy mogę jechać od zaraz.

- Nie ma co głosować, zbierajmy dupy i jedziemy. – powiedział Zayn i zaczęliśmy zbierać potrzebne nam rzeczy. 

Rozdział 61

*Perspektywa Mii*
            Siedziała w czarnym bmw Harrego. Byłam ubrana na czarno. Sukienka z długimi rękawami i wydekoltowanymi plecami, ciemne rajtki i wysokie szpilki. Wyprostowałam włosy a usta pomalowałam na wściekło czerwono.
- Nie dasz sobie rady, powinienem tam z tobą iść. – kłócił się Loczek.
- Jezus maria Styles! Uspokój dupę, dobra? Dam sobie radę. Mam dać mu płytkę, odebrać dokumenty a jeszcze Liam go przyskrzyni. Proste logiczne – warknęłam.
- I tak nie dasz rady. Coś ci się stanie, mówię ci.
- Gadaj zdrów, wyjdę z tego cało. – parsknęłam. – Która godzina?
- Za dziesięć siódma.
- Czekaj tu na mnie. – poprosiłam i wysunęłam nogi z samochodu. Krokiem modelki, jak określił to Harry, ruszyłam w stronę małego baru. Drzwi otworzył mi jakiś goryl. Tak tu bez takich się nie obejdzie. Edward siedział przy stoliku z trzema pieskami. Ta nie ma to jak mieć ochroniarzy na zawołanie. Zajęłam miejsce naprzeciwko niego.
- Masz to? – zapytałam.
- Wszystko co wiem. – pomachał plikiem dokumentów.
- Daj. – wyciągnęłam rękę.
- Płytka. – podałam mu a on wymienił się ze mną plikami. – Szkoda, że nikt nie może wiedzieć o mojej nowej tożsamości. Ładna jesteś, może przyłączysz się do mnie. – pochylił się nad stołem.
- Widzisz, gdybyś miał tu komputer zrozumiałbyś ze brakuje jednej rzeczy. – zaśmiałam się. – Dowód to nie taka błahostka. – usłyszałam jak facet za mną odbezpiecza pistolet i przykłada mi go do głowy.
- Nie masz wyboru. – wyciągnęłam telefon. Wysłałam wiadomość do Liama. Po chwili pojawił się w drzwiach i podrzucił kolejną płytkę.
- To co, koniec twojego pięknego życia. – Zacząłem stukać paznokciami o blat stołu. Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Tobie co tak do śmiechu?
- Gdybyś nie zauważył, ten mężczyzna który przed chwilą tu wszedł…- przerwałam. – Jest oficerem policji. – dokończyłam i wstałam gwałtownie.
            Jednym ruchem wbiłam łokieć w brzuch goryla który stał za mną. Wyrwałam mu pistolet z ręki i strzeliłam do dwóch pozostałych ochroniarzy Edwarda. Zobaczyłam jak mężczyzna z którym negocjowałam informacje o Lucy mierzy we mnie gnatem. Schowałam się za filar który podpierał ścianę ale za późno. Oberwałam w nogę. Krzyknęłam głośno.
            Do baru wpadła policja. W samą porę Liam. Zaczęłam się wydzierać jak zdesperowana kobieta, która znalazła się tu przez przypadek. Jeden z policjantów kazał mi szybko wyjść z budynku. Kiedy zniknął z pola widzenia, odetchnęłam spokojnie i przybrałam maskę spokojnej kobiety. Kulejąc wydostałam się z budynku, trzymając plik informacji o Lu pod pachą. Tuż przy wyjściu stał eden policjant. Lekko się zachwiałam na nogach, udając że jestem w szoku.
- Wszystko dobrze?
- Tak, tak. – pokiwałam głową.
- Proszę jechać do szpitala. – ten też nie zauważył krwawiącej nogi, było za ciemno.
- Dobrze. – pokiwałam głową na znak ze rozumiem i szybkim krokiem ruszyłam w stronę samochodu Harrego. Gdy była jakieś kilka metrów od auta Styles wyskoczył z pojazdu.
- Mówiłem że ci się coś stanie. – powiedział po czym wziął mnie na ręce. Syknęłam z bólu. Usadził mnie na fotelu. Schyliłam się po torebkę po czym odczepiłam od niej pasek. Szybko zacisnęłam go mocno na udzie.
- Wytrzymasz? Perrie ci to zaszyje.
- Mamy sprzęt medyczny? – zapytałam.
- Tak, mamy, nie tylko tu masz sporo kasy. – zaśmiał się.
- Pierdol się Styles.
- Nie mam z kim. – zaśmiał się. – Wytrzymaj jeszcze trochę.
- Mogę zamknąć oczy? – zapytałam, wiedziałam ze szybko tracę krew.
- Chyba cię pojebało, nie waż się. – warknął.
- Spokojnie Harry be spiny.
- Zacisnęłaś?
- Nie widzisz? – sapnęłam wskazując na pasek od torebki. – Boli. – jęknęłam.
- Dasz rade. Wejdziemy przez windę w twojej garderobie. – oznajmił.
- Daleko jeszcze?
 - Myślałem że jesteś twarda.
- Kurwa Styles jebnij sobie kulką nogę, przebiegnij sprintem na szpilkach kilka uliczek. Pogadamy jak to zrobisz. – powiedziałam lekko przymykając oczy.
- Hej, nie zamykaj, oczu. Już jesteśmy. – Usłyszałam jak wysiadł z samochodu. Po chwili wziął mnie na ręce. – Mia, otwórz oczy. Trzymasz teczkę?
- Tak, mam ją. – powiedziałam przyciskając papiery do piersi. Harry wszedł do domu i pognał po schodach do mojego pokoju. Jedną nogą kopnęłam drzwi od garderoby bo Harry miał zajęte ręce, niosąc moje ciało. Wszedł do windy i pociągnął za dźwignię która uruchamiała klatkę w szyldzie.
            Czułam narastając ból w nodze ale nie odważyłam się wydać z siebie ani jednego dźwięku. Jestem twarda, mogę powiedzieć że mnie coś boli, ale nie mam zamiaru płakać, wydzierać się, stękać. Nie jestem słaba.
- Perrie! – chłopak krzyknął.
-Nie drzyj mordy.
- Skarbie, wolałbym żebyś żyła. – zaśmiał się i szybkim krokiem położył mnie na dużym stole, na którym zazwyczaj układałam dokumenty.
- Nie na tym stole, jest z drewna kauczukowego, kosztował pięć tysięcy w zaokrągleniu. – jęknęłam.
- Ma postrzeloną nogę a przejmuje się stołem który kosztował dużo pieniędzy. – zakpił Harry.
- Boże, daj mi spokój, proszę cię tylko żebyś mnie położył w innym miejscu.
- Nie, tutaj jest dobrze. Nie ma kuli, więc cię tylko zaszyję. – uśmiechnęła się Perrie.
- Świetnie będę miała blizny.
- W takim miejscu że nikt nie będzie widział. – wypalił Harry.
- W bikini skarbie mnie nie zobaczysz. – zaśmiałam się słabo i położyłam posłusznie na stole.
- Zrób tak żeby tego nie było widać – usłyszałam jak Harry szepce do blondynki.
            Wiedziałam że wzmianka o bikini na niego zadziała. To było pewne. Ha, że też on nie myśli o niczym innym jak o moim tyłku. Dzięki Styles za poprawienie humoru.

*Perspektywa Lucy*

            Plan tego jak się stąd wydostać nie był w prawdzie doskonały ale mógł się udać. Miałam dość dużo informacji bo gość który przychodził do mnie z marną miską zupy mlecznej do jedzenia codziennie wieczorem i rano, miał mózg wielkości fistaszka, więc spokojnie mogłam go pytać o co tylko dusza zapragnęła. Był jeden minus tego niedopracowanego planu. Mianowicie mój stan zdrowia. Nie spałam od kilku nocy, super, moje nogi w każdym miejscu mają cięcia, dziękuję ci Mark, są zajebiste, i to że ledwo stoję na nogach. Ostatniego wieczoru zauważyłam że na plecach Daisy jest mały plecach. Był tam mój telefon, jej dokumenty, kluczyki od auta, pistolet i kosmetyki. Zdjęłam go z jej sztywnego ciała i schowałam w kratce wentylacyjnej. Tak jest. Szybka ucieczka. Ten gość co dawał mi jedzenie miał na imię Markus. Idiota. Powiedział mi że wieczorami to tylko on tu siedzi bo reszta musi wrócić do cywilizowanego życia. Stary masz przekichane. 

Rozdział 60

*Perspektywa Mii*
            Wszyscy dalej byli w terenie a ja odchodziłam od zmysłów. Lucy jest największą fajtłapą na ziemi. Może ma te swoje różna czary mary ale nie poradzi sobie z takim człowiekiem jakim jest Mark. Patrzyłam na telefon. Wysłałam do wszystkich kontaktów wiadomość z prośbą o informacje gdzie przebywa Lucy. Nikt się nie odezwał. Byłam rozwalona.
            Harry co chwila przeklinał do komputera. Od kilku godzin bawił się w serwerach Marka. Podała mu każde hasło ale niestety wszystko zostało pozmieniane. Chciał je skrakować ale nie wyszło, zbyt dobre zabezpieczenia. Patrzyłam tępo w Iphone’a. Nic ani jednej wiadomości.
- Nie patrz się tępo w ekran telefonu. Zaraz wypalisz w nim dziurę. Lepiej coś zrób. – zaśmiał się loczek. Popatrzyłam tępo w ścianę. Jebać to! Liam nie jest moim szefem nie należę do jego gangu. Traktuję mnie jak szmatę po co mam go słuchać.
- Idę na miasto. – powiedziałam. – Bezczynność mnie zabija. – wstałam z ziemi i ruszyłam do windy prowadzącej do mojej garderoby.

*Perspektywa Lucy*
            Nogi strasznie mnie bolały. Mark przychodzi co godzinę. Co godzinę robi mi kilka nacięć. Tym razem dał sobie spokój. Sądząc po tym że żadne światło nie wpada przez małe okienko było już późno. Ramieniem zaczęłam trzeć taśmę, po chwili zaczęła się odklejać. Udało się. Zrzuciłam kawałek przylepnego papieru na ziemię.
- Dobra, jedno załatwione. Teraz drugie. – spojrzałam na nogi. To wyzwanie będzie trudniejsze. Ciało Daisy leży dość daleko. Wątpię żebym wstała. Ale warto spróbować. Zgięcie nóg wiele mnie kosztowało. Myślałam że zacznę krzyczeć w niebo głosy ale na szczęście się powstrzymałam.
Ledwo trzymając się na nogach Podeszłam do Daisy. Usiadłam do niej tyłem. Po chwili poczułam zapach trupa.
- O kurwa ale jedzie. – wydusiłam z siebie. Przestałam oddychać przez nos by nie czuć okropnego zapachu. Skrępowanymi nadgarstkami zaczęłam grzebać w kieszeniach jej spodni. Dopiero w kurtce znalazłam kluczyki od kajdanek. Odpięłam metal od dłoni.
- Bam! 10 punktów dla Lucy Milla’y! – zaśmiałam się. Ledwo trzymając się na nogach podeszłam do drzwi. Pociągnęłam za klamkę.
- Kurwa. – Zaklęłam. Poszukałam dziurkę od klucza nie ma. Boże drzwi są do otwarcie tylko od jednej strony. Nagle wpadłam na pomysł. Uklękłam koło Daisy lekko się krzywiąc i wyjęłam jej telefon. Chciałam wysłać wiadomość do kogoś no ale oczywiście miała symbol do narysowania na ekranie. Wolałabym wpisać hasło słowne lub cyfrowe. Znaczki to coś czego nie da się rozszyfrować.           
            Stanęłam obok zakratowanego okna. Wyjrzałam na pole. Stali tam ludzi. Schowałam się tuż przed tym jak ktoś popatrzył w moją stronę. Chwyciłam kajdanki po czym zakułam sobie sama nadgarstki a kluczyk wsunęłam do tylnej kieszeni spodni. Usiadłam na materacu. I oparłam głowę o ścianę.

*Perspektywa Nialla*
            Wskoczyłem do studni i wszedłem do ”małej” kryjówki Mii. Dziewczyna miała kasę i pomysł. W ogromnym pomieszczeniu siedział tylko Harry przy komputerze.
- Gdzie brunetka?
- Poszła w teren.
- Liam nie będzie zadowolony.
- Co mi się wydaje że znajdzie najwięcej.
- Co ty nie powiesz. – zaśmiałem si pod nosem. W rzeczywistości miałem nadzieję że ktoś znajdzie wszystkie informacje. Byłem rozbity od  środka. Na mieście nie byłem w  stanie zrobić niczego. Plątałem się tu i tam. Po klubach popytałem kilka typków ale to wszystko o zrobiłem.
            Powoli wszyscy wracali oznajmiając braki informacji. Super. Brakowało Liama i Mii. Po chwili do pomieszczenia wszedł Liam.
- Dalej szukają. – westchnął. – A wy coś macie.
- Nic, kompletnie nic. – powiedziała Perrie tuląc się do Zayna.
- Gdzie Mia?
- Wyszła jakieś dwie godziny temu. Podejrzewam ze szuka informacji. – zaśmiał się Harry.
- Skoro sześć osób nic nie znalazło w przeciągu kilku godzin ona nie zrobi wiele więcej w dwie. – zakpił Liam.

*Perspektywa Mii*
            Wbiegłam do garderoby z rękami pełnymi papierów. To były chyba najintensywniejsze poszukiwania w moim życiu. Miałam masę dokumentów, skrawków papierów, kawę, faktury, pliki. Wszystko. W windzie zdążyłam jeszcze założyć włosy za ucho. Wyszłam z małej klatki i pobiegłam do Sali głównej. Wszyscy siedzieli przybici. Położyłam wszystko na stole.
- To wszystko co znalazłam. W ciągu dnia wiele się nie znajdzie, ale jak widać udało mi się dokonać niemożliwego. – powiedziałam z dumą w głosie.
- Jak ty to robisz. – zapytał Liam
- Mam wtyki, i wiem gdzie szukać. Nie chciałeś mnie puścić na miasto, miała bym tego więcej. – uśmiechnęłam się i zaczęłam wyjmować pliki. – Mam pewien plan jak zdobyć informacje o Lucy.
- Mam rozumieć że masz wszystko tylko nic o Lucy.

- Liam sam się postaraj. Mam wszystkie informacje o osobach którzy wiedzą coś o Lu. A jeden z nich wie bardzo, bardzo dużo. Plan jest taki…

Rozdział 59

Z dedykacją dla Patuu oraz mojej kochanej Julci, która mi bardzo pomaga w tworzeniu tego FF

Pobiegłam na tyły mojego domu i stanęłam tam gdzie kończyła się droga polna. Po tym jak znalazłam ukryte podziemia mojego domu, postanowiłam je wyposażyć na własną rękę. Siłownia, centrum informatyczne i wszystkie papiery dotyczące gangów, które mogły by zagrozić Lucy. Wszystkie plany, informacje, CV. Ci ludzie nie mieli przede mną tajemnic. Czekałam na cały gang. Chodziłam tam i z powrotem co chwila przejeżdżając rękami po włosach. Tylko nie Lucy, dlaczego ona, boże! W środku byłam rozłamana na tysiące kawałeczków. Była dla mnie bardzo, bardzo ważna. Jak siostra. W końcu pojawiły się dwa samochody. Wszyscy wysiedli a ja skinęłam głową aby szli za mną. Nikt o nic nie pytał. Stanęłam na murku studni. Zrobiłam krok w przód i wskoczyłam do środka. Zapaliłam latarkę w telefonie i znalazłam drzwi w ścianie studni. Przekręciłam gałkę i weszłam do wąskiego korytarza. Zdążyłam zmienić oświetlenie. Zaklaskałam dwa razy i światła zaczęły się zapalać wzdłuż tunelu. Każde po kolei.
- Na co czekacie?! – krzyknęłam do góry. Po chwili usłyszałam za sobą jak ktoś ląduje.
            Cały gang mnie dogonił. Weszliśmy do hali. Było tak jak zaplanowałam. Centrum dowodzenia, sala treningowa, telewizor i regał z papierami
- Wow. –wydusił z siebie Harry.
- Chodźcie. – pokazałam ręką aby podeszli do komputerów. Na ekranie wyświetliły się akta Judi w sensie Daisy. – Porwała kilka osób dorosłych, ale ogólnie do tej kidnaperem. Porwanie Lucy zostało z góry zaplanowane. - Podeszłam do kolejnego komputera. – Dzisiaj to wszystko znalazłam. To maile Marka i naszej Judi. Dostała sporo kasy za dostarczenie Milla’y na drugą stronę Londynu, nawet mieli plan B. Jeżeli Daisy nie udałoby się dostarczyć Lucy przed tym jak otrzymają wyniki badań. – odpaliłam kolejny monitor pokazujący doktora prowadzącego Lucy po jej wypadku ze wzrokiem. – Ten lekarz nie ma zrobionej żadnej specjalizacji. Nie jest nikim ważnym, on nie powinien pojawić się na oddziale neurologicznym. Miał za zadanie podmienić wyniki badań w razie takiej potrzeby. – zakończyłam.
- Kiedy się tego dowiedziałaś? – zapytał Liam.
- Dzisiaj rano zaczęłam składać to wszystko do kupy. Zrozumiałam to tuż przed tym jak zadzwoniłam do Nialla. – oznajmiłam.
- Dobra, robimy tak. Harry i  Mia. Siedzicie przy komputerach. Ja zgłoszę porwanie w policji a Zayn, Perrie, Louis, Eleonor i Danniele w teren.
            Niall chrząknął znacząco.
- W teren.
- Mam lepszy pomysł. – zaśmiałam się. - Niall jest równie dobry w komputerach co ja. Tutaj nie mam nic do ukrycia, więc mógł by posiedzieć z Harrym. Ja mam wtyki w każdym zakątku miasta. W terenie pójdzie mi lepiej. – wypaliłam.
- Zmienicie się jutro. - zignorował to co powiedziałam.

***
- I masz coś? – zapytał mnie Harry.
- Dupa. Nikt nic nie ma. A to już połowa moich kontaktów – jęknęłam.
- Kurwa ja też nic nie mam.
            Odwróciłam się do niego.
- A co jak się nie uda, jak znajdziemy ją a będzie za późno?
- Na pewno nam się uda. Niall i Liam doprowadzą nas do niej. – patrzył w komputer. Ja czułam jak napływają mi łzy do oczu. Harry musiał to zauważyć.
- Hej, nie przejmuj się. – wstał od komputerów i usiadł obok mnie. Objął mnie ramieniem i pomasował jak starą przyjaciółkę. – Lucy nic nie będzie…

***
*Perspektywa Lucy*
            Kurwa wpadłam w niemałe kłopoty. Ręce miałam skute kajdankami, a usta zaklejone taśmą. Nie mogłam ruszyć nadgarstkami bo jeden ruch powodował wbicie się metalu w skórę. Siedziałam na materacu w ponurej piwnicy. Cegły, masa kurzu, materac i ja. Włosy miałam potargane po tym jak Judi…znaczy Daisy mnie tu zaciągnęła. Spuściłam głowę. Moje życie jest do dupy. Mogłam się zabić w tedy w łazience. Boże. Poczułam łzy na policzkach. Nie mogę płakać bo doprowadzę się do samobójstwa. Mam zalepione usta, płacz równa się katar, katar – zatkany nos, zatkany nos – brak dopływu powietrza do płuc czyli uduszenie. Szybko się uspokoiłam. Oparłam głowę o ścianę. Było mi niewygodnie. Ręce skrępowane z tyłu były najgorszą rzeczą która utrudniała mi wydostanie się stąd.
            Do pomieszczenia wszedł Mark z Daisy. To nie wróżyło dobrze. Przełknęłam głośno ślinę. Mark kucnął przy mnie oderwała mi taśmę z ust. Od razu ułożyłam wargi w cienką linię.
- No to co, zaczynamy? – zapytał Mark. – Pliki z projektami broni. Gdzie są?
- Myślisz że wiem? – zakpiłam.
            Oberwałam w policzek. Mark wyciągnął nóż.
- Ej dobra, ja się pisałam na samo porwanie, nie mam zamiaru być świadkiem takich rzeczy.
- Zostajesz. – warknął.
- W snach. – wyśmiała go a on wyciągnął pistolet i wycelował w nią.
- Jak tak dalej pójdzie to ciebie tu za kilka sekund nie będzie. – wypalił.
- Też mam pistolet i nie macham nim na prawo i lewo. – to był duży błąd Daisy.
            Usłyszałam trzask. Drgnęłam. Patrzyłam z niedowierzaniem patrzyłam jak ciało Daisy upada na posadzkę. Mark odwrócił się do mnie. Zamienił gnata na nóż. Byłam w złym położeniu. Miałam na sobie krótkie spodenki, rajtki, krótki rękawek i kurtkę dżinsową.
- To co skrócimy ci rajtki? – zaśmiał się i potargał materiał ukazując moje chude nogi. Ściągnął je i rzucił za siebie. Moje stopy były gołe.
- To jeszcze raz. – zaczął. – Pliki związane z bronią.
- Nie wiem. – powiedziałam zgonie z prawdą.
            Mark zrobił długie nacięcie na mojej nodze. Krzyczałam. Bolało, cholernie bolało. Boże, co ja mam zrobić.
- Gdzie są pliki.
- Nie wiem. – odpowiedziałam po raz kolejny a ten wykonał kolejne cięcie, na drugiej nodze.
- To co?
- Nie wiem. – kolejna krwawa kreska.
- Na pewno? – zapytał przykładając nóż do skóry.
- Tak. – znów przejechał po mojej nodze.
            Krzyczałam, bardzo głośno, krzyczałam. Dostałam w policzek.
- Zamknij się! – krzyknął a ja się skuliłam. – Słuchaj suko, nie zabiję cię z jednego względu. Twoi przyjaciele mają zginąć. Ty będziesz cierpieć. Bardzo, a kiedy cię znajdą, zostaną zamordowani. Każdy po kolei. Jak będziesz mówić, to nie będę robić tego. – wykonał jeszcze dwa na cięcia. Musiałam krzyknąć.
            Tym razem nie uderzył mnie tylko wziął kurz z ziemi i sypnął nim w moje rany. Już miałam krzyknąć kiedy zalepił mi usta. Usłyszałam swój zduszony pisk. Poklepał mnie po policzku.
- Na razie mała. – zaśmiał mi się prosto w twarz i wyszedł.
Spojrzałam na swoje nogi. Potargane rajtki wystawały spodenek. Uda były ponacinane i brudne od kurzu. Boże. To nie skończy się dobrze. Wiedziałam że moje oczy były wielkie, z przerażenia. 

Kolejny rozdział, więc tak, mam kilka na zapas, ale wracamy powoli do rzeczywistości. Szkoła dla mnie już w czwartek i na dzień dobry dwa sprawdziany więc rozdziały nie będą się pojawiać codziennie, niestety. Mam nadzieję że Nowy rok przyniesie wam wiele dobrego, życzę wam spełnienia marzeń, spotkania chłopców XD, dobrych ocen zajebistego sylwka i w ogóle.
I prosiłabym waz abyście skomentowali rozdział, bo nie wiem, ile was czyta. Jak nie macie konta można z anonima, weźcie się w tedy podpiszcie jak *Patuu której bardzo dziękuję, bo niektóre jej komentarze sprawiły że nie raz z krzesła spadłam.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 58

*Perspektywa Mii*
Wysiadłam ze swojego białego kabrioletu. Szybko poprawiłam swoje wysokie koturny. Jeszcze pochyliłam się do lusterka aby poprawić szminkę i włosy. Następnie ruszyłam do ogromnego biurowca. O tak zemsta jest czasami słodka. Uśmiechnęłam się do recepcjonistki i wyminęłam ją wsiadając do windy.
- Tam nie wolno.
- Spokojnie, jestem dziewczyną pana Stylesa. – uśmiechnęłam się najbardziej naturalnie jak umiałam. To było w moim planie. Za to że włamał się do serwera domowego. Mam prawo na takie coś. Wysiadłam z windy i weszła do holu. Harold stał przy jednym z biurek pracownic. Wydęłam usta.
- Kotek! – pisnęłam jak idiotka. Potrafiłam przybrać każdą twarz. Geniusza, idiotki, biznesmena. Podleciałam i zrobiłam standardowe trzy całuski porąbanych nastolatek. Harry był widocznie zszokowany. Ale po chwili włączył się do gry.
- Skarbie, co ty tu robisz. – uśmiechnął się słodko.
- Bo widzisz. – podniosłam jedną nogę w kolanie i zaczęłam kręcić kółeczka na jego ramieniu. – Nudziło mi się, postanowiłam cię wyrwać na zakupy.
- Mam pracę. Poczekaj na mnie w biurze.
- Dobrze. – Pocałowałam go w policzek doszłam do końca korytarza. Zatrzymałam się prze drzwiach. Odwróciłam się na pięcie. Pomachałam samymi palcami Harremu i weszłam do biura Harrego. Usiadłam wygodnie na kanapie i wyjęłam telefon. Bardzo niebezpieczny telefon. Jedno dotknięcie ekranu, a cała baza danych tej firmie pójdzie się jebać. Po chwili Harry wpadł do gabinetu jak burza.
- Kurwa co to było?
- Skarbie, to na co zasłużyłeś. Grzebałeś mi w serwerze. Ja nie robię takich świństw znajomym.
- Mam o tobie inne zdanie. – zakpił.
- Wyobraź sobie że stoimy po jednej stronie muru. Pomagam wam tylko i wyłącznie dlatego że opiekujecie się Lucy.
- Dla mnie nie jesteś nikim kto może nam pomóc, twierdze tylko że jesteś dobrym informatykiem. Grzebanie po twoim serwerze to moje hobby. – staliśmy blisko siebie.
- To wyobraź sobie, ze jak jeszcze raz wykryje włamanie z twojej strony, a dane tej firmy pójdą się jebać, bo mam takie możliwości. – pomachałam telefonem.
- Nie odważysz się. – nasze ciała się stykały. Jak zwykle. Styles jest mega przystojny. Zachowujemy się wobec siebie strasznie chamsko, ale mimo wszystko działa na mnie jak magnes. Z resztą chyba mam takie samo działanie na jego osobę.
- Założysz się.
- Może.
- Pewność siebie cię opuściła?
- Jakbym nie był pewny siebie nie zrobił bym tego. – Chwycił mnie za tył głowy i przycisnął do swoich warg. Poczułam jak jego język pieści moje podniebienie. O boże, jestem w niebie. Uśmiechnęłam się przez pocałunek. Odsunęliśmy się od siebie.
- Pewność siebie dalej masz. To nie zmienia faktu ze mogę to zrobić. Do zobaczenia skarbie – puściłam mu oczko przy drzwiach i wyszłam z pomieszczenia.



*perspektywa Lucy*

Stałam na parkingu. Judi zmyła się piętnaście minut temu a Nialla wciąż nie było. Chodziłam tam i z powrotem. Kopnęłam puszkę, która poleciałam pod sam kosz. Uśmiechnęłam się pod nosem. Powróciłam do drążenia kółek w chodniku. Nagle nadepnęłam sobie na sznurówki trampek i wywróciłam się. Zaklęłam pod nosem. Zdarłam  skórę z nadgarstka. Usłyszałam za sobą znany śmiech.
- Mówiłem że nie można cię zostawić samą na piętnaście minut. – powiedział Niall i podszedł do mnie. Podniósł mnie. – Masz zdartą skórę.
- Też mi nowość. – mruknęłam.
- Chodź. – splótł nasze palce razem a ja skrzywiłam się z bólu.- Przepraszam.
- Jest okey. – uśmiechnęłam się i wsiadłam do samochodu. Chłopak zamknął za mną drzwi i okrążył samochód. Ja w tym czasie oparłam głowę o szybę i przymknęłam oczy. Po chwili usnęłam.

***
Otworzyłam powieki. Niall zaciskał rękę na mojej talii. Uśmiechnęłam się lekko. Czułam że jestem wyspana. Lekko zdjęłam jego ramię ze swojego ciała i wydostałam się spod kołdry. Zeszłam do kuchni. Zegar wskazywał na trzecią raną. Świetnie, chyba już nie zasnę. Zrobiłam sobie herbatę i podreptałam przed telewizor. Owinęłam się szczelnie kocem i włączyłam pudełko z bezsensownymi programami. Trzymałam kubek z ciepłym napojem w dłoniach. Po chwili usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach. Odwróciłam się w stronę wejścia do salonu. Stanął w nich Niall w samych bokserkach.
- Dlaczego nie śpisz?
- Idź się ubierz. – poprosiłam.
- Ale mi tak wygodnie. – zaśmiał się i walnął się na kanapę.
- Proszę. – jęknęłam.
- Rozpraszam cię?
- Może. – za moje policzki wlał się róż. Ale wstyd.
- Lubię jak się rumienisz. – uśmiechnął się i cmoknął mnie w policzek. O boże, zaraz odlecę. Otulił mnie ramieniem i zmusił mnie abym położyła się na jego torsie. Chłopak bawił się moimi włosami odwracając moją uwagę od filmu. Jak on to robi. Cały czas mnie rozprasza, gdy mnie dotyka, mam ciarki, albo motylki w brzuchu. To mnie rozwala psychicznie od środka. Co się ze mną dzieje?
- Wygodnie ci? – zapytał w pewnym momencie.
- Mhm.
- Zmęczona?
- Wcale. – ziewnęłam.
 - W ogóle. – wyszeptał mi do ucha. – Chodź spać.
- Nie chcę. – znów ziewnęłam. – Chcę oglądać. Dość ciekawe.
            Przymknęłam oczy, Niall podniósł mnie z kanapy i zaniósł do łóżka. Ziewnęła przeciągle.
- Nie chce spać. – mruknęłam.
- Wcale. – zaśmiał się. Otulił mnie kołdrą po czym sam wszedł do łóżka. Odwróciłam się w jego stronę i przytuliłam do jego gorącego ciała.
- Jesteś jak kaloryfer.
- To miał być komplement?
- Tak, właśnie. –objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w niego i zasnęłam na dobre.
***

*perspektywa Nialla*
- Gdzie są? – zapytał Liam.
- Siedzą w kawiarni i świetnie się bawią.
- Coś mi tu śmierdzi. – stwierdził Liam.
- Nie tylko tobie. Masz. – podałem mu plik dokumentów od Mii. – Papiery od tej brunetki.
- Kurwa lepszej informatorki w mieście nie ma. Ile to zbierała?
- Zaledwie kilka dni. Jest dobra. – zaśmiałem się. – Ale mówi że ma problemy z tą całą Judi. No i w ogóle żali mi się że nie spędza czasu z Lu. Usiłowałem ją odciągnąć od siostry ale mi nie wyszło. Myślę że jesteś jedyną osobą która przemówi jej do rozsądku.
- Za ile dni są wyniki?
- Jutro, dzisiaj były je zrobić. – mruknąłem pod nosem. – Nie wierzę ze jej ufa.
- Ja tak samo. Mam nadzieję ze jest jej siostrą, bo jak nie, to nie wiem co zrobię tej dziwce. – warknął. Z jego kieszeni rozległ się dzwonek. Odebrał telefon i popatrzył przed siebie. – Jasne…zabieram Horana i jedziemy. – rozłączył telefon po czym włoży telefon do kieszeni. – Zayn ma jakieś informacje na temat gangu Mark’a coś świeżego. – powiedział.
            Szybko napisałem do Lucy wiadomość że musi poprosić aby Judi ją podwiozła.

Lucy, nie dam rady cię odebrać, poproś Judi o podwózkę
Nie zabij się proszę :* Do zobaczenia w domu
Niall

Oparłam głowę o zagłówek. Popatrzyłem na Liama czekając na jakieś wyjaśnienia.
- Zayn z Louisem znaleźli jakieś informacje o planach Mark’a. To może mieć coś wspólnego z…- zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na ekran. Mia. Pokazałem wyświetlacz Liamowi.  – To może być coś ważnego, odbierz.
            Nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Niall mówi Mia. – zaczęła szybko. Słuchaj, pod żadnym pozorem nie zostawiaj Lucy z Judi bez opieki! Judi to tak naprawdę Daisy Collow. Jedna z najlepszych porywaczy w Europie, ścigana w ośmiu krajach. Jest w tym najlepsza. Lucy jest jak dziecko. Udaje jej siostrę to się dobrze nie skończy. Powiedz że masz Lucy na widoku…- prawie błagała żebym to powiedział.
- Za późno. Kurwa, gdzie jesteś? – zapytałem wykrwawiony do słuchawki.
- W lesie za moim domem, bądźcie wszyscy za piętnaście minut, to nie jest śmieszne. – była równie wkurzona jak ja.
- Co jest?
- Zaraz się dowiem. – szybko wybrałem telefon do Lu.
- Abonament czasowo niedostępny, proszę zadzwonić później. – Usłyszałem w słuchawce. Liam prowadził.
- Więc…

- Jedź do lasu za domem Mii. Wszyscy mają tam być. Doszło do porwania. – powiedziałem z grobowym wyrazem twarzy.

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 57

Kiedy trwaliśmy w pocałunku do pokoju wpadł Liam. Ja go kurwa zabiję. Chłopak zaczął się wycofywać. Sięgnęłam po poduszkę i rzuciłam nią w niego.  Powtórzyłam to jeszcze z dwoma jaśkami i książką. Niall tarzał się ze śmiech na podłodze, ale ucichł gdy też oberwał budzikiem.
- Masz okres czy jak? – zapytał piszczący głosem a ja zaczęłam się śmiać. Dopiero po kilku minutach się uspokoiłam.
- Dobra daj mi numer. – poprosiłam.
- Co?
- Do Judi.
- Chyba jej nie wierzysz. – zapytał.
- Niall, na razie nic o niej nie wiem, ma identyczne nazwisko, może coś jest na rzeczy? – powiedziałam. – wystawię ją na próbę, poszperam w jej rzeczach i zrobimy testy DNA. Jak nic, wyjdzie czy jest moją siostrą czy nie.
- Jesteś tego pewna?
- Tak, daj mi jej numer. – chwyciłam karteczkę od Nialla i wstukałam numer w klawiaturę mojego Iphone’a. – Hej Judi, tu Lu…
***
- Niall, nie wejdziesz tam ze mną. – kłóciłam się z nim od dobrych dziesięciu minut.
                Byliśmy w drodze do centrum handlowego.
- Lucy, nie ma o czym mówić. – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- A może ona nie będzie chciała przy tobie mówić! – wyrzuciłam ręce w górę.
- To będzie musiała. Lucy, nie mam zamiaru zostawić cię bez opieki.
- Nie jestem dzieckiem.
- Spotkałbym cię w szpitalu, gdybym przy tobie nie był 24 na dobę.
- Zmyślasz.
- Stwierdzam fakty. –warknął
- Nie prawda! Dam sobie radę sama. – burknęłam i splotłam ręce na piersi.
- Nie potrafisz przebiec po linii prostej.
- Pierdol się. – warknęłam wychodząc z auta.
- Z tobą zawsze skarbie. – zaśmiał się pod nosem, na co ja przewróciłam oczami. Weszłam do Centrum handlowego i ruszyłam w stronę Sturbacks’a. Czasami Niall jest wkurwiający. Niestety Horan jest mi w tej chwili niezbędny, pytanie dlaczego? Bo widział Judi a ja nie. Stanęłam w drzwiach i poczekałam na Nialla.
- Na co czekasz?
- Na ciebie głąbie. – warknęłam.
- Nie wiesz która to Judi, prawda.
- Zamknij się.
- Tam siedzi. – pokazał na dziewczynę o blond włosach i zielonych oczach. – Chodź.
- Ty nigdzie nie idziesz.
- Lucy.
- Wykrzyczę twoje imię i nazwisko na głos.
-Uuu boję się, o nie. – udał przestraszonego. – To nic ci nie da. – wyprostował się.
- To po co przedstawia…nie ważne. – westchnęłam.
- Lucy, James! – blondynka pomachała nam.
- O widzisz, jestem tu mile widziany. – wyminął mnie i podszedł do Judi. Podał jej rękę. Uścisnęli dłonie.
                Zabiję go. Uśmiechnęłam się przyjaźnie i usiadłam przy stoliku.  Zajęłam miejsce obok blondyna.
- James zamów mi czekoladowe frappe. – poprosiłam
- Sama się przejdź.  – gdy to powiedział, kopnęłam go w łydkę z całej siły. Nawet się nie skrzywił. Wbiłam piętę w palce, po tym ruchu postanowił ustawić się w długiej kolejce do kasy.
- Przepraszam za niego.
- Wygląda groźnie. – Judi się wzdrygnęła. – Dobra w skrócie. Jestem Judi Milla. Jak miałam sześć lat mama zaszła w ciążę z tobą. Kiedy byłą w piątym miesiącu zostałam porwana. Wywieziono mnie z kraju i sprzedano do jakiejś francuskiej rodziny. Mając 18 lat wyprowadziłam się, bo wiedziałam, że nie mogą mi zabronić. Na miejscu zaczęłam cię szukać. Dowiedziałam się o śmierci rodziców kilka lat temu. Dostałam lekkiego załamania. Musiałam chodzić do psychoterapeuty. – już mi się coś nie podobało. Ani ja, ani mama, ani tata nie tolerowaliśmy lekarzy, żadnych, a hipnotyzować umiałam w wieku 5 lat. -  w końcu mi się udało. Wyszłam z depresji i postanowiłam cię znaleźć.
- A tak z ciekawości, lubisz lekarzy?
- Wizyty i psychiatry były czymś koszmarnym, nie lubię medycyny. – już lepiej. – Jeżeli mi nie wierzysz rozumiem. Proponuje badania genetyczne. Pytałam o termin, za dwa tygodnie najwcześniej. – powiedziała.
- Dobra. – powiedziałam. Niall przysiadł się z niezadowoloną miną. Podał mi kawę a ja się uśmiechnęłam. – Dziękuję.
- Nie ma za co. – burknął.
- A tobie co? – zapytała Judi.
- Nie zwracaj na niego uwagi, ma okres. – przewróciłam oczami i przyczepiłam się do rurki.
- Proponuje zakupy.
- O boże.
- Jak nie chcesz tu być to spadaj. – pokazałam blondynowi język.
- Tak szybko się mnie nie pozbędziesz.
- Daj sobie spokój.
- A James jest dla ciebie...- zaczęła Judi
- Wkurwiającym przyjacielem mojego przyszywanego brata który ma obsesję na punkcie mojego bezpieczeństwa, bo jest w policji. – Zaśmiałam się. – Chodź idziemy na zakupy.
- Ja spadam.
- Nikt cię tu nie trzyma. – wypaliłam i wstałam od stolika zabierając do ręki kubek.
- Mam kilka fajnych sklepów zaczniemy od…
                Cały dzień rozmawiałyśmy na różne tematy. Niall się zmył, dął mi spokój do końca pobytu w galerii. Bogu dzięki. Ale i tak wiedziałam ze kręci się w pobliżu. Nie raz go widziałam między półkami. Wystarczyło się wychylić. Kamuflaż to on ma słaby. Uśmiechałam się pod nosem, za każdym razem gdy go widziałam.
                Razem z Judi łaziłam po sklepach. Oczywiści, jak zwykle kupiłam kilka koszulek na wyprzedaży. I piankę do włosów. Mia dobijała się do mnie całe cztery godziny, i chyba sobie dała spokój.

*Perspektywa Nialla*
                Boże, nienawidzę Mii ale miała rację. Trzeba obgadać sprawę tej całej Judi. Nie podoba mi się jej zachowanie. Brunetka siedziała w coffe heven. Kiwnąłem głową aby wyszła. Wzięła swoją kawę do ręki, a torebkę przerzuciła przez ramię. Jak zwykle była na wysokich szpilkach.
- Dobra do konkretów. – warknąłem do niej.
- Też mi cię miło widzieć. – powiedziała z sarkazmem.
- Judi Milla. Znalazłaś coś?
- Nie załatwię ci niczego na wczoraj. To ze byłam w gangu informatykiem, nie oznacza że w przeciągu piętnastu minut, znajdę informacje na szmelcu który mam w domu. Potrzebuję jednego z lepszych komputerów.
- Dobra, to się da załatwić. – patrzyliśmy przed siebie. – Coś jeszcze.
- Mam pewne informacje na temat gangu Mark’a. To, że wleźliście na ich teren spowodowało małe zamieszanie. Mark jest wkurwiony. Trzymajcie wszystkie dziewczyny pod kluczem, a zwłaszcza Lu. Nie może się nic dowiedzieć, bo tym bardziej będzie się wam wymykać. I pilnuj plików na temat broni w waszej firmie. Zrobiłam malutki rekonesans u znajomych mojego byłego. Coś się święci, ta technologia którą produkujesz, stała się ich głównym tematem w ich siedzibie. Wiedzą, że pod całą firmą informatyczną kryje się wytwórnia gnatów. Poważny interes. – zaśmiała się po nosem. – Chcą zdobyć projekty pistoletów. Bomba dostarczona na parking, pod biurem Payne ’a była przestrogą dla niego. A i jeszcze to. – podała mi plik dokumentów. – W środku są szczegółowe dane każdego z członków gangu Mark ‘a. Ucieszycie się, bo większość mieszka w naszej części miasta.
- Naszej?
- Mieszkam na waszym terenie odkąd mój gang się rozpadł, dotarło? – warknęła. – Następnym razem daj mi więcej czasu na wywiad a nie kilka dni jak Lu nie widzi dobra?
- Coś jeszcze?
- Czekaj, staram sobie przypomnieć. Tak. Sprawdź lekarza prowadzącego Lucy. Widziałam jak dawał jakieś papiery Max ‘owi.  Jest od Mark ‘a. Nie podoba mi się to. Coś mi się znalazło na jego temat. Jego papiery są w zielonej koszulce. Nie mogłam znaleźć dyplomu ukończenia roboty w serwerach uczelni, w których rzekomo się uczył. – była dość wylewna. Jedna z najlepszych informatorek w mieście. Może i udaje debilkę ale jej mózg jest nie do ogarnięcia. Jest mistrzem zbierania informacji. Nie dziwię cię że kazali mi odbierać od niej newsy
- Dobra teraz zapłata. – wyciągnęła otwartą dłoń.
                Podałem jej cygara zawinięte w czerwoną folię. Wyciągnęła jedno i podpaliła je.
- Chcesz? – chyba nie wiele osób wie że pali.
- Nie palę.
- Są dobre. Owocowe. – zaśmiała się trzymając w zębach cygaro. Resztę wrzuciła do torebki.
- Spasuje.
- Nie wiesz co tracisz.
- Mówili mi tak kiedy proponowali dragi.
- To co innego. Poszukam informacji o tej całej Judi ale możemy to to trochę zająć, muszę jeszcze poudawać idiotkę w szkole i przed tatusiem idealną uczennice. No a na tym szmelcu nic nie zrobię.
- Komputer podrzuci ci Liam do domu. Będziesz mieć go jutro. Wszystkie sprawy informatyczne do mnie. Załatwię ci dobry sprzęt.
- A co Harruś już nie wystarcza.
- Mogę cię z nim umówić.
- Wiesz co, nie rób tego, i tak muszę mu wygarnąć coś, na temat szperania w mojej sieci domowej. Przejdę się do niego i zrobię mu dym. – zaśmiała się. – ktoś mu w końcu przemówi do jego pojebanego łba.
- Święta prawda. Podejrzewam ze Lucy szybko zabierze się za sprawdzanie te całej Lucy, Liam już zaprzągł informatyków do roboty w policji -wypaliłem
- Jakby jej się coś stało, to by zabił.
- Broni jej jak córki.
- I siostry
- Dobra, zmywam się, jestem umówiona na wymianę informacji z jedną laską z gangu Mark’a, coś grubego idzie. Jak czegoś ciekawego się dowiem dam znać. Lece. Nara.
- Nara. – wypaliłem.