wtorek, 29 października 2013

Rozdział 29

Obudziłam się w  wyśmienitym humorze. Dlaczego? Bo te leki są zajebiście mocne, że wow.  Usiadłam na materacu i przetarłam włosy. Weszłam do kuchni ale nie miałam pojęcia co mam zjeść więc postanowiłam wziąć szybki prysznic. Skompletowałam swoje ubrania i chwyciłam je do ręki.
            Dokładnie wysuszyłam ciało i naciągnęłam na siebie czarne rurki, czarny topik i długi sweter w kolorowe paski. Był troszkę za duży ale mi to nie przeszkadzało. Rozczesałam włosy po czym związałam je w niezdarnego koka. Wróciłam do kuchni i zrobiłam sobie herbatę. Kiedy już wystygła wypiłam ją duszkiem i znalazłam swój plecak. Wrzuciłam do niego moje szkła kontaktowe i leki na astmę.
            Zakluczyłam drzwi do mieszkania i ruszyłam w stronę szkoły. Oczywiście po drodze zgarnęła mnie roztrzepana Mia.
- Wyobraź sobie że mamy zastępstwo z WF-u z Bicepsem! – no tak to było przezwisko nauczyciela którego nikt nie lubił. – Będzie kicha, mam nadzieje, że nic dzisiaj nie zdajemy, bo znając życie będzie to coś na czym połamie sobie paznokcie, a tak w ogóle to jak bardzo chciałaś wystąpić w tym głupim przedstawieniu?
- Nic a nic.
- To dobrze bo uczniowie z wymiany pozajmowali nasze miejsca.
- Co za gnoje, zero konsultacji ze mną!? Suki jebane.
- Myślałam że nie chciałaś wystąpić.
- Bo nie chciałam. – uśmiechnęłam się i przybiłam przyjaciółce żółwia. – Kurde z Cosavill był banał ją wyprowadzić w pole żebym nie biegała z Bicepsem będzie problem. Oby mi się udało.
- Nie sądzę.
- Dzięki za wsparcie na serio nie musiałaś.
            Wysiadłyśmy z samochodu i pobiegłyśmy do szatni żeby się przygotować na WF. Stanęłyśmy na zbiórce a ja kurczowo trzymałam w mojej dłoni inhalator. Po chwili zobaczyłyśmy wysokiego gościa z mięśniami jak arbuzy. Wszystkie zesztywniałyśmy, bo każda z dziewczyn się go bała.
- DZISIAJBIEGACIENA800METRÓWIGÓWNOMNIEOBCHODZĄWASZEASMYCHOROBYIINNEDUPERELE. – krzyknął a my zaczęłyśmy się rozgrzewać. Poprosiłam Mię aby pilnowała moich leków a nie wiem czemu miałam silne przeczucie że się przydadzą.
            Ustawiłam się na stracie i poczekałam na piekielny gwizdek Bicepsa. Wystartowałyśmy wszystkie po kolei. Nie byłam na końcu, w końcu muszę umieć uciekać co nie? Wyprzedziłam kilka dziewczyn i na samym końcu jak na złość dostałam ataku astmy. Nie mogłam nabrać powietrza, strasznie kaszlałam. Mia pobiegła  dała mi inhalator który podziałał rozkurczowo na moje gardło. Już wiadomo dlaczego nie cierpię tego nauczyciela. Usiadłam na ławce i wsadziłam głowę między kolana aby wróciło mi krążenie w mózgu.
            Po WFie udałam się do biblioteki razem z Mią. Wzięłam jedną z jakiś głupich książek i usiadłam obok mojej przyjaciółki.
- Słuchaj mam mały problem. – mruknęła Mia. – Mark.
- Co z nim?
- Chyba mnie zdradza bo wczoraj poprosiłam go żeby wyszedł ze mną na pizzę a powiedział ze nie może bo się uczy a kiedy zadzwoniłam do niego do domu jego mama powiedziała ze wyszedł razem z jakąś brunetką.
- I mam wycisnąć z niego gdzie był.
- Dokładnie.

~*~
- O Mark! – zawołałam podbiegając do chłopaka.
- Co tam?
- U mnie w porządku byłam wczoraj na rewelacyjnym meczu. – zaczęłam go mamić.
- Serio i jak.
- Wyobraź sobie. – zaczęłam wolno i spokojnie. – Trybuny pełne ludzi, zapach świeżo skoszonej trawy, kibiców czekających na swoje drużyny, trąbki, meksykańskie fale, i jest… - spojrzałam na facet przytrzymałam go za ramię. – piłkarze wbiegają na boisko, sędzia rozpoczyna mecz, - źrenice chłopaka były już rozszerzone, jeszcze trochę i mogę coś z niego wyciągać. – drużyny gonią za czarnobiałą piłką i nasi zdobywają gola. – pstryknęłam palcami przed oczami chłopaka a ten nie zareagował.
- A teraz powiedz mi co robiłeś wczoraj.
- Byłem na pizzy.
- A z kim?
- Z Melanie.
- Ach tak? – kiwnęła palce w stronę Mii która stała po drugiej stronie korytarza czekając na sygnał. – I co robiliście.
- Zjedliśmy a potem byliśmy w parku i się całowaliśmy, świetnie całuje, lepiej od Mii.
- Możesz go już wybudzić?

- Jasne. – klepnęłam chłopaka w ramię.

Zaczynam się martwić o wasz stan zdrowia bo mi ktoś pisze że umiera z ciekawości co będzie w nexcie, nie no na serio aż tak to nie przeginajmy ja rozumiem ciekawość robi swoje ale... dobra dam se siana bo jak sama czytam opowiadania to też umieram z ciekawości
w każdym razie zapraszam no mojego normalnego bloga, zaobserwujcie skomentujcie i wgl będzie git i postaram się napisać jakiś fajny rozdzialik XD

czwartek, 17 października 2013

Rozdział 28

- Liam nie ma szans żebym dzisiaj przetrwała. – mruknęłam do przyjaciela.
- Cierpisz na bezsenność, nie stracisz przytomności. – powiedział.
- Ja się dalej zastanawiam jakim cudem dostałeś robotę.
- Normalnie.
- Daję sto dolarów że stracę przytomność. – oznajmiłam.
- Spoko. Przyjmuję. Leć do szkoły.
            Wysiadłam z samochodu i powoli ruszyłam do szkoły. Dotarłam do budynku i ruszyłam do klasy. Pierwsza była matematyka czyli mogę zająć się marzeniem o spaniu bo pan Smith, sypia na lekcji, jak ja mu zazdroszczę. Bazgrałam po zeszycie starając się nie myśleć o spaniu. Na WF-ie chciałam napić się miliona energydrinków. Na plastyce pani ględziła o rzeźbie.
- Co jest. Lucy? – zapytała Mia.
- Idę się zakopać żywcem
- Nie jest tak źle.
- Jest tak źle że założyłam się z Liamem o sto dolarów że zemdleję, dzisiaj. – powiedziałam.
- No faktycznie klapa. Ale może Niall po ciebie przyjedzie.
- Nie ma jak, dzisiaj na parkingu będą tłumy bo przyjeżdżają uczniowie z wymiany.
- No to ja nie wiem. Wylądujesz w szpitalu.
- O nie, wszystko tylko nie szpital. Musi przyjechać. – jęknęłam. – Mam leki u niego w samochodzie.
- Nie podoba mi się to, jak nie odbierze cię dzisiaj to zawiozę ci do niego.
- Nie trzeba. Na serio.
- Ale ja mówię bardzo poważnie. – Powiedziała z grobową miną.
            Miałam mieć jeszcze francuski. Ale poważnie chciałam się zmyć. Popatrzyłam na Mię. Kiwnęła głową i wyprowadziła mnie przed szkołę. Ruszyłam w stronę tylnej bramy szkoły. Tamtędy mam bliżej do domu. Szłam strasznie powoli. Źle się czułam i zaczynało mi się kręcić w głowie, nie źle to było niedopowiedzenie, może koszmarnie.
            Kiedy weszłam w kolejną przecznicę zobaczyłam dobrze mi znany czarny samochód. Niall musiał być gdzieś w pobliżu. Nie miałam ochoty na niego czekać ale po kilku krokach, najnormalniej w świecie straciłam przytomność.

~*~

            Otworzyłam oczy. Leżałam owinięta kocem na kanapie. Sufit znałam, znajdowałam się u Nialla.
- Gdzie Liam, wisi mi stówkę. – mruknęłam.
 Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam się po pokoju. Na stole leżały naleśniki, woda i moje leki i … moje okulary korekcyjne? Przecież nikt o nich nie wie, Liam, Mia. Nikt, od kilku lat mam kontakty i staram się ich nie gubić. Spuściłam nogi na ziemię i przysunęłam się do jedzenia. Wpakowałam sobie do ust dość durzy kawałek naleśnika z dżemem, bitą śmietaną i truskawką. Nie zdawałam sobie sprawy że jestem taka głodna. Chyba przez to ze nie spałam, też nie jadłam. Ups.  Do pokoju wszedł Niall. Chyba coś załatwiał bo za paskiem miał wsunięty pistolet, z tłumikiem. Nie wiem czemu jak dostaje w łapy pistolet, to pierwsze co robię to rozbieram go na części pierwsze żeby nie stanowił zagrożenia. Tak umiem to zrobić. Pistolet Beretta 92 f, kaliber dziewięć milimetrów. Skąd on go wytrzasnął, produkowane są tylko w USA mimo że pochodzenia są włoskiego.
- Używałabym raczej Beretta 98 Brigadier. Nierdzewny, kaliber dziewięć milimetrów IMI. – powiedziałam.
- Znasz się na tym.
- Niestety?
- Jakoś ci nie wierzę.
- Daj. – pokazałam ręką na spluwę.
            Chłopak ją zabezpieczył i dał mi ją do ręki. Rozebrałam pistolet na części pierwsze a zaraz potem złożyłam go do kupy. Maks dwie minuty czasu. Niall usiadł naprzeciwko.
- Jedz. – przypomniał mi o naleśnikach i wpakowałam sobie kolejny kęs do ust.
- Dobre, gotujesz?
- Tak.
- Jakoś ci nie wierzę. – zaśmiałam się.

Słuchajcie miśki, jt jadę do Lwowa i wracam z niedzielę więc może w tedy będzie rozdział, ale w poniedziałek rano jadę na wymianę do Słowenii i nie obiecuję ze przez tydzień coś się pojawi, biorę laptopa, ale nie wiem co z netem.
Zapraszam na mojego bloga i do obserwacji http://karolinapiegza.blogspot.com/



poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 27

Cały dzień w szkole był koszmarem, najmniejszy szmer doprowadzał mnie do szału. Tak źle się naprawdę nie czułam chyba nigdy. Do tego wszystkiego zasłabłam na korytarzu i gdyby mnie Mia nie przytrzymała to bym się wywaliła. Wstyd na maksa. Miałam nadzieję że Niall odbierze mnie ze szkoły, leki dalej tkwiły na tyłach jego samochodu a jedyne o czym myślałam to żeby połknąć tabletkę i przekimać cały okrągły miesiąc. Wychodząc na parking szkoły szukałam wzrokiem samochodu Nialla.
- Nie, nie, nie, nie…- jęknęłam.
- Co się stało? – zapytała Mia
- Liam przywiózł mi tabletki nasenne, odebrałam go razem z Niallem, zwiałam z samochodu zostawiając leki na tyłach i teraz nie mogę spać, bo przypomniało mi się w jaki sposób moi rodzice zostali zamordowani! – rozpędziłam się.
- Aha. To może cię zawiozę.
- Nie bo się jeszcze wkurwi i będzie problem. – mruknęłam niezadowolona.
- Czy ty nie masz przypadkiem okresu?
- Skończył mi się kilka dni temu. – oparłam głowę o słup. – Dlaczego mnie to spotyka. Jak zaraz się nie kimnę to idę skoczyć z mostu…chociaż nie mam lęk wysokości. – dodałam szybko.
- Dlaczego teraz po ciebie nie przyjechał?
- Mnie się pytasz? Całe dwa tygodnie po mnie przyjeżdżał i siedział mi na karku a jak jest potrzebny się go nie ma, co z nim jest nie tak?
- Dobre pytanie.
- Ja chcę moje leki. – tupnęłam nogą jak małe dziecko.
- No masz problem.
- No mam…A twój tata, nie zna jakiś lekarzy co by mi coś dali, jedna pigułka, jedna jedyna pigułka ja chcę spać.
- O nie, nie, nie, nie, jak cię kocham tak nie zorganizuję ci leków. –zaprzeczyła.
- Ale ja nie mogę spać, widzisz te oczy?! – złapałam ją za ramiona. – Widzisz?! Są podpuchnięte i czerwone, a dlaczego?! BO. CHCĘ. SPAĆ. – każde słowo powiedziałam osobno.
- Zadzwoń do niego.
            Wyjęłam telefon i wybrałam numer do blondyna. Nic skrzynka pocztowa.
- Nic, rozumiesz, ja nie będę spać.
- Chodź do mnie, załatwimy ci coś na uspokojenie.
- Nic nie potrzebuje. Ja chcę spać, nic innego, tylko spać.
- Właśnie widzę. A co z Liamem?
- Nie wiem, nie rozmawiałam z nim dzisiaj. Właśnie idę do biura…a jak jest w terenie? Fuck!
- Spokojnie idź sprawdzić, zadzwoń tylko spokojnie.
            No tak pewnie mają kolejną akcję i głupia smarkula która może wygadać ich sekret się nie liczę, dobrze ja sobie to zapamiętam, z takimi osobami jak ja się nie zadziera.
- Potrzebuję dychę. – powiedziałam.
- Nie wiem gdzie mam portfel. – powiedziała.
- Kłamiesz. – Wyciągnęłam jej portfel z tylnej kieszeni moich spodni.
- Kiedy go zabrałaś?
- Przed chwilą. – podsumowałam. – Dobra dwie dychy też mogą być. – Wyciągnęłam banknot i wsadziłam do kieszeni. – Proszę.
- Nigdy nie załapię jak to robisz. – westchnęła.
- To co kebab?
- Mam kasę możemy iść. – mruknęłam.
            Wsiadłyśmy do auta Mii i pojechałyśmy do centrum.


niedziela, 13 października 2013

Rozdział 26

Budzik zadzwonił równo o godzinie 7.00, szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia dlaczego go nie wyłączyłam. Musiałam iść do mojej ukochanej pracy w małej kawiarni. Szybko nałożyłam na siebie czarne getry, tunikę i dżinsową kurtkę. Związałam włosy w wysokiego kucyka i powoli ruszyłam w stronę centrum miasta. Nie czułam się najlepiej bo po przebudzeniu w środku nocy nie spałam już w ogóle. Otworzyłam kawiarnię i zaczęłam ściągać krzesła ze stolików. Kiedy wszystko zostało przygotowane, uruchomiłam ekspres do kawy. Otworzyłam drzwi kawiarni na oścież i usiadłam za ladą czekając na pierwszych klientów. Chciałam się położyć spać, równocześnie nie zasypiając. Jestem pogmatwana.
            Do kawiarni weszła jedna młoda kobieta zamówiła muffinę i małe caffe late. Przygotowałam różową chustkę na której ułożyłam talerzyk z babeczką w fioletowym papierku. Kawę nalałam do kremowego kubka z napisem „keep calm and have a cupcake”
Wszystko nałożyłam na jasnoniebieską tacę i zaniosłam ją do stolika. Kobieta uśmiechnęła się i podziękowała.
            Wróciłam za ladę zastanawiając się czy sama nie napiję się bardzo mocnej kawy. W pewnym momencie się poddałam i zrobiłam sobie mega mocną kawę tak że myślałam, ze ją zwrócę do szklanki, tak gorzkiego napoju nigdy nie piłam. Teraz to mi się paczały na pewno nie zamkną.
            Siedziałam za ladą, od czasu do czasu obsługując klientów. W pewnym momencie do kawiarni przyszedł Liam. Świetnie. Gdy mnie zobaczył na jego twarz wymalował się szok.
- Wyglądasz koszmarnie.
- Co cię t obchodzi. – warknęłam.
- To co zwykle. – poprosił gdy już kończyłam przygotowywać jego cappuccino.
- Proszę. – podałam mi kawę.
- Dziękuje.
            Wiedziałam że łatwo nie odpuści. Westchnęłam ciężko.
- Przypomniało mi się dlaczego nie sypiam. – mruknęłam.
- Nie mów że przyśnił ci się ten głupi dzień.
- Dobra nie mówię. – powiedziałam wypijając ostatni łyk mojej mocnej kawy. Skrzywiłam się.
- Nie za dobre to co? – zapytał łyknął kilka ostatnich kropel mojej kawy. – O boże, okropna.
- Ale da kopa. – mruknęłam wypijając duszkiem szklankę wody mineralnej.
- Serio nie chcesz spać…
- Poprawka, nie chcę, nie mogę, nie potrafię. Już zadowolony. – zapytałam.
- Tylko nie przegnij z kawą. – upomniał mnie.
- Bo co?
- Po prostu nie przesadzaj co? – powiedział. – Kofeina szkodzi zdrowiu.
- Dobrze tato, przysięgam ci że nie przesadzę z kawą.
- Dobra lecę, popaprańcu. – mruknął i opuścił lokal.
            Do końca mojej zmiany zostało mi piętnaście minut. Przygotowałam kilka muffin na zapas dla Cloe która była moją zamienniczką. Kiedy moja znajoma pojawiła się obsłużyłam ostatnią klientkę. Ściągnęłam fartuch i włożyłam do szafki.
- Ja lecę pa.
- Idź się przespać, wyglądasz koszmarnie. – zaśmiała się kiedy wychodziłam z kawiarni. Ruszyłam do siebie do domu. Weszłam do domu i oparłam się o ścianę.
- Idę-się-po-ciąć. – przesylabizowałam słowo uderzając lekko o ścianę moim czołem. – Ugh!

            Nie miałam siły na nic. Położyłam się na kanapie. Odchyliłam głowę do tyłu. Leżałam plackiem chyba przez pół dnia. 

Powiem wam że te dwa rozdziały będą najnudniejsze na świecie. Dlatego nie wiem czy póżniej nie dodam wam kolejnego, taki mały bonusik

sobota, 12 października 2013

Rozdział 25

Taa, ja geniusz zostawiłam leki nasenne w samochodzie Nialla. Zajebiście, miłych snów Lucy, geniuszu. Uhg! Kretynka ze mnie, jak mogłam do tego dopuścić. Super, świetnie, wręcz rewelacyjnie. Usiadłam zła na kanapie, i włączyłam pudło zwane telewizorem. Włączyłam sobie jakąś komedię romantyczną i ułożyłam się na kanapie. Jakimś cudem zamknęłam oczy.

Dwunastoletnia dziewczynka trzymała tatę za rękę stojąc w raz z rodzicami w kolejce do konsultantki w banku.
- Tato, a pójdziemy na rollercoster jak będziemy w wesołym miasteczku?- zapytała mała brunetka.
- Lucy ty się niczego nie boisz. Weź sobie na wstrzymanie co? – zaśmiała się mama dziewczynki.
- Rosalie spokojnie, będzie pod moją opieką. – zaśmiałam się Mark. – A potem nauczę cię jeszcze kilku sztuczek.
- Uuu fajnie, to hipnotyzowanie przydało mi się po klasówce jak pani nie chc
iała mi dać głupiej czwórki.
- Mark! Nauczyłeś ją hipnotyzować, strzelać z pistoletu, co jeszcze? Za niedługo będzie z niej taka mentalista jak z ciebie.  – fuknęła niezadowolona kobieta.
- Ros, proszę cię.
- Mamo, dzięki temu jak mnie ktoś zaatakuje, to strzelę mu między oczy, dadadadada. – mała brunetka zaczęła udawać strzały z karabinu. Tata wziął dziewczynkę na ręce i posadził ją sobie na barana. Osoby stojące za nimi w kolejce patrzyła na rodzinę jak na wariatów. Mark nie odstępował odważnej córeczki na krok, a Rosalie usiłowała go od niej odciągnąć bo jej mąż uczył córkę nieprzyzwoitych rzeczy.
- Ludzie się na ciebie patrzą.
- No to co? Będę gwiazdą. – Lucy zaczęła się wachlować jak gwiazda i mrugać oczkami na wszystkie strony.
W pewnym momencie do budynku wpadła grupa ludzi ubranych na czarno w kominiarkach, zaczęli mierzyć do ludzi. Mark pośpiesznie zdjął córkę w barków i postawił ją na ziemi. Wszyscy zaczęli podnosić ręce do góry. Lucy stanęła za rodzicami.
- Nie ruszać się, bo strzelę. – warknął jeden z napastników, gdy drugi wyciągał pieniądze z kasy.
- Panowie spokojnie. Przecież nie trzeba do nikogo strzelać. – Mark chciał zahipnotyzować bandytę. Gdy wykonywał to co umie najlepiej ktoś zaszedł rodzinę od tyłu i odciągnął Lucy na bok przykładając jej broń do skroni.
- Nie mów nic, nie ruszaj się albo rozpieprzę małej łeb. – powiedział.
            Brunetka stała jak sparaliżowana, cała odwaga która była w niej przed pięcioma minutami wyparowała jak za tknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Zróbmy tak, zamiast małej, weźmiecie mnie. Podejdę, wypuścisz małą. – zaczął mówić naprawdę spokojnie.
            Napastnicy się zgodzili, Mark został zamieniony na Lucy. Dziewczynka płakała w ramionach roztrzęsionej mamy. Kiedy do budynku wpadła policja, dla dziewczynki rozpętało się piekło. Mark został postrzelony w skroń. Rosalie płacząc rzuciła się na bandytów i w ten sposób sama pozbawiła się życia. Lucy stała jak sparaliżowana po środku budynku patrząc jak oprócz jej rodziców giną jeszcze cztery osoby. W końcu usiadła pod blatem stołu. W pewnym momencie obok niej pojawił się szesnastolatek.
- Cześć. – dziewczynka tylko na niego popatrzyła i wybuchła płaczem. – Jestem Liam moi rodzice znali twoich, chodź ze mną. – chłopak wyciągnął ją spod stołu.


            Obudziłam się z przyśpieszonym oddechem. Właśnie dlatego nie sypiam, właśnie tylko i wyłącznie z powodu tego wspomnienia. Podwinęłam kolana pod brodę. W końcu podniosłam się z łóżka i nalałam sobie wody do szklanki którą wypiłam duszkiem. 

piątek, 11 października 2013

Rozdział 24

Usiadłyśmy w pierwszym rzędzie, całe podekscytowane pokazem. Usiadłam na krześle co chwila patrząc na Mię z bananem na twarzy. Zaczęłam bujać kolanem w górę i w dół. Mia chwycił mnie za nogę.
- Przestań, to nie kulturalne. Złącz nogi albo skrzyżuj w kostkach. – poprosiła.
            Wykonałam rozkaz, po chwili światła przygasły, na wybiegu zaczęły pojawiać się modelki. Kiecki były różne. Takie które dało by się założyć w miejsce publiczne i takie w których nikt by się nigdzie nie pokazał. Mii świeciły się oczy do niektórych sukienek.
- Patrz na buty. – szepnęłam do przyjaciółki.
- Boże, mój ociec zbankrutuje po tym wypadzie. – pisnęłam patrząc w buty. – Ja je muszę mieć.
- Mia mówisz tak o każdej rzeczy która ci się spodoba. – zauważyłam.
- Tak wiem, ale i tak kupie pewnie tylko cztery z wszystkiego. – mruknęła.
- Aż cztery?! – zapytałam. – Przecież te ceny są z kosmosu.
- Nie przesadzaj, projektantka to moja ciotka, bierze tylko tysiąc ode mnie za buty.
- Tylko? Dla mnie aż.
- Może chciałabyś coś?
- Mia, nie przeginaj, zabrałaś mnie tu, dajesz mi ubrania…
- Właśnie, ta kiecka jest już twoja. – uśmiechnęła się.
- Ja pierdole. – chciałam się złapać za głowę.
            Popatrzyłam na idącą modelkę.
- Ale bomba spódni…- właśnie się zorientowałam że Mia to usłyszała. – Nie kupisz mi jej, obiecaj.
- Nie. – pokazała mi język.
- Jesteś zakupoholiczką!
- Nie jestem. Moja mam była, i raz wyczyściła ojcu konto do zera, uwierz nie jestem zakupoholiczką. – powiedziała.

***
Po pokazie podeszłyśmy do projektantki i Mia zaczęła składać zamówienie. Oczywiście kupiła mi spódnicę i buty do niej, tak bo po co słuchać mnie, że jej nie chce, po co, po oc?!
Dziewczyna wypisała czek i wyszłyśmy z budynku.
- Jak ja cię nienawidzę.
- Też cię kocham Lucy.
- Jak ja ci się odwdzięczę? To kosztowało… - nie miałam pojęcia ile na mnie wydała.
- Razem cztery tysiaki, mało.
- Mia! Jak ja ci mam to oddać?
- Masz mi tego nie oddawać. – Odpaliła samochód. – Kupiłam ci to bo mam taki kaprys, a właśnie mogę u ciebie na siusiu?
- Nie bo mi jeszcze mieszkanie wyremontujesz.
- To nie był by taki głupi pomysł…ale wolałabym kupić ci nowe.
- No jasne! A potem pieniądze na czynsz miałabym z kosmosu tak?
- Ode mnie.
            Zmroziłam ją wzrokiem.
- Jezus, żartowałam no nie obrażaj się tak. – Szturchnęła mnie w ramię. – O jesteśmy.
            Przytuliłam ją na pożegnanie i wysiadłam z samochodu. Otworzyłam drzwi na klatkę. Pod drzwiami do mojego mieszkania stał nie kto inny jak Liam. Kuźwa co go tu przywiało.
- Lucy…
- Nie rozmawiam z tobą. – warknęłam otwierając drzwi do domu.
- Musisz dać mi wytłumaczyć.
- A niby co? To ze jesteś gliną? Że pracujesz też dla mafii? Ciekawe jak to wytłumaczysz bo jestem ciekawa. – stanęłam w framudze drzwiach.
- No w sumie… to masz racje nie mam wytłumaczenia.
- Tak myślałam. – Uśmiechnęłam się do niego złośliwie.
- Musisz mi wybaczyć bo… - zaczął ostrym tonem.
- Bo co? Słucham cię, bo co? Jeżeli chciałeś mnie nastraszyć to coś ci nie idzie Payne. Może twojego kumpla i się boję ale ciebie jakoś nie bardzo. Jesteś nie straszny. – warknęłam.
- Co tu się dzieje?! – usłyszałam sąsiadkę z na przeciwka.
- Nic pani Smith, kolega właśnie wychodzi. – Zatrzasnęłam za sobą drzwi i przekręciłam zamek.


wtorek, 8 października 2013

Rozdział 23

- Wpadłem. – mruknął
- Po same uszy. – warknęłam patrząc za okno. Teraz mogłam spokojnie pokazać jak bardzo jestem na niego wkurwiona i jak bardzo nie chcę z nim rozmawiać. Jechaliśmy dość szybko a ja patrzyłam za okno nie zwracając uwagi na  co mówią chłopcy. Bawiłam się telefonem i wpadłam na pomysł. Napisałam do Mii, umówiłam się z nią na noc, pozostała jeszcze kwestia ucieczki… zaraz, zaraz, przecież zablokowane są tylko drzwi pasażera z przodu a to oznacza że jeżeli staniemy mogę wysiąść! Boo yea. Gińcie! W sumie to wolałam poczekać, aż nadarzy się okazja gdzie będę miała najbliżej do Mii więc po prostu patrzyłam za okno.
            Dopiero po na czwartym skrzyżowaniu mogłam wysiąść. Wysiadłam z samochodu jak gdyby nigdy nic i usłyszałam za sobą protesty Nialla i Liama. Idąc przed siebie pokazałam im elegancko ujmując środkowy palec i wskoczyłam do busa.

***
            Zapukałam o ogromnych drzwi. Po chwili pojawiła się w nich Mia z wałkami na głowie i świeżym manicure i pedicure. Uśmiechnęła się i przepuściła mnie w przejściu. Podeszłam do mnie na piętach machając paznokciami u rąk aby wyschły.
- Cześć, z nieba mi spadłaś. – powiedziała.
- Serio?
- Tata ma jakieś tam spotkanie na którym muszę być, chyba że powiedział że jeśli znajdę sobie osobę towarzyszącą na pokaz mody to się wymigam! – krzyknęła uradowana.
- Tylko że nie mam ciuchów.
- Och błagam cię, moja garderoba pęka od nadmiaru ciuchów. Chodź! – pociągnęła mnie za rękę i ruszyła jak kaleka na piętach. Po schodach dziewczyna szła naprawdę komicznie. W końcu dotarłyśmy na piętro i weszłyśmy do jej ogromnej sypialni.
- Wygrzeb sobie coś…albo nie ja to zrobię bo jeszcze to będzie coś co nie wpasuję się w okazję. – uśmiechnęła się.
            Weszła do garderoby i po chwili wróciła z kremową sukienką w koronkę i kremowymi butami na wysokim obcasie z paskami skrzyżowanymi na śródstopiu.
- Ubierz się i zrobimy ci włosy. – rzuciła mi ciuchy. Szybko się przebrałam i usiadłam na krześle przed toaletką.
- No paznokcie mam gotowe więc mogę ściągnąć wałki. – Zaczęła odplątywać włosy które układały się w piękne loczki. Utrwaliła je lakierem po czym popatrzyła na moje włosy.
- Upniemy je w koka, co ty na to?
- Dobra – uśmiechnęłam się.
            Dziewczyna zaczęła czesać moje włosy. Gadałyśmy o wszystkim. Kiedy dobierała mi biżuterię popatrzyła krzywo na srebrny metalowy pasek śliniący na mojej prawej ręce.
- Kurde, to mi wadzi. – jęknęła. – Co to za firma?
            Chwyciła moją rękę i przybliżyła ją do oczu.
- Znam to logo. Miałam z tego cztery zegarki, jestem chyba jedyną osobą która potrafi zniszczyć coś z tej firmy. – uniosłam wysoko brwi.
- Ale jak?
- Jeździłam po tym nożami, colą, młotkiem, było w błocie, dłubałam wsuwką. Po prostu wszystko robiłam z tymi zegarkami. Po prostu się rozlatywały.

- O Lol. Nie wierzę. - zaczęłam się śmiać. 

Na waszą prośbę jest post, ale dzięki temu jt nie będzie rozdziału bo już nie mam nic na zapas a jestem chora i nie mam weny, więc nie piszcie w komentarzach "błagam daj jt nexta" bo nie dodam, na wasze życzenie.

poniedziałek, 7 października 2013

Rozdział 22

Niall jechał w stronę lotniska a ja mrucząc pod nosem ciskałam wyzwiskami pod adresem Liama. Mieliśmy jakieś kilka godzin do przylotu a i tak już staliśmy pod lotniskiem. Miałam ochotę nakrzyczeć, zbesztać i zabić Liama a potem sklonować i jeszcze raz zabić. Szuja! Nie przejdzie mi pewnie do wieczora. Aghhh…

***
- Nie mam ochoty po niego iść. – mruknęłam pod nosem.
- Ale musisz, ja tam nie pójdę. Zbieraj się. – zażądał otwierając drzwi przyciskiem umieszczonym na drzwiach.
            Warknęłam pod nosem i wysiadłam z samochodu. Zjechałam windą na parter i ruszyłam pod gmach lotniska. Usiadłam na krześle przed wyjściem z odprawy.  Po piętnastu minutach zza drzwi zaczęły wychodzić gliny. Kiedy pojawił się Liam podniosłam tyłek z krzesła i nie podnosząc wzroku z nad telefonu podeszłam do kolegi i skierowaliśmy się w stronę wyjścia.
- Podrzuci nas mój kolega.  – oznajmiłam gapiąc się w telefon.
- Okey, tylko dzisiaj nie mogę zostać długo. – powiedział a ja miałam ochotę mu przybić piątkę…krzesłem…w twarz.
- Dlaczego?
- Jestem umówiony ze znajomym, takie tam sprawy. – aż się we mnie gotowało, TAKIE TAM?! Sprawy?! Co za… 1…2…3…4…5…6…7…8…9…10 ufff spokój.
- Masz leki? – zapytałam.
- Jasne…- zaczął grzebać w torbie. – Uważaj są naprawdę mocne. Będziesz spać jak dziecko i nawet burza cię nie obudzi. – powiedział wzywając windę.
- Super, nareszcie sobie porządnie pośpię. – a jakby tak łyknąć dwie? A może lepiej jeszcze pożyć…właściwie to…nie! Stawiam na życie. Weszliśmy do windy i wcisnęłam guzik 3 piętra. Ten parking był ogromny.
- Co to za kolega?
- Niall, Irlandczyk. Ma firmę informatyczną no i jest moim przyjacielem. – odparł.
- Mówisz informatyczną? – popatrzyłam na metalową bransoletkę.
- Są świetni, kupujemy od nich troch rzeczy ale firma jest droga. – powiedział. – Ciężko cokolwiek zniszczyć, zepsuć.
- Serio?
- Jeszcze zależy co kupujesz, ale urządzenia zazwyczaj trzeba umiejętnie wyłączać. – powiedział.
- Fajnie. – mruknęłam wychodząc z windy.
- Kto nas podwiezie?
- Mówiłam ci, mój znajomy. Jest całkiem spoko. – bąknęłam.
            Podeszłam do samochodu i wślizgnęłam się na tylnie siedzenia. Liam podszedł do przednich drzwi i kiedy zobaczył Nialla jego twarz zbladła. Niall się uśmiechnął a Liam zajął miejsce obok kierowcy.
- Kurwa. – zaklął.
- Co jest Liam coś nie tak? Znacie cię? Nie miałam pojęcia. – powiedziałam naciskając na ostatnie zdanie.
- Jak długo się znacie? – zapytał kiedy Niall opuszczał parking.
            Popatrzyłam na zegarek którego nie miałam.

- A będzie z dwa tygodnie. – powiedziała z irytującym głosem.

wtorek, 1 października 2013

Rozdział 21

Kiedy się obudziłam leżałam na kanapie. Chciałam się podnieść ale coś mnie blokowało. Spojrzałam w dół. Niall przytulał mnie całą noc. Jak miło. Spojrzałam na chłopaka. Oczy miał zamknięte, oddech umiarkowany, ale to nie dowód że śpi. Przyłożyłam palec środkowy i wskazując do nadgarstka i odnalazłam puls. Był normalny. Czyli nie spał.
- Dobrze się bawisz? – zapytałam  a na jego usta wkradł się złośliwy uśmieszek.
- A żebyś wiedziała.
- To miło, mogę?
- Jasne. – zdjął rękę z mojej talii a ja podreptałam do łazienki.
            Założyłam moje różowe rurki i cienki podkoszulek. Szybko narzuciłam na siebie bluzę i stanęłam przed lustrem w pokoju Nialla. Związałam włosy w wysokiego koka i wróciłam do salonu gdzie Niall dalej leżał pod kołdrą.
- Zawieziesz mnie? – zapytałam.
- Już mówiłem że tak. – wypalił spod kołdry.
- Ale mi chodzi o bibliotekę. – powiedziałam.
- Że teraz?
- Tak. – zaczęłam się bujać na piętach w przód i w tył.
- No dobra. – powiedział rozciągając się, po czym spadł z łóżka a ja wybuchłam śmiechem.
- Ha, ha, ha bardzo śmieszne. – warknął.
- Mhm. – kiwnęłam głową powstrzymując śmiech.

***

            Stanęłam przed wielkim regałem książek w poszukiwaniu podręcznika do biologii. Chodziłam tam i z powrotem żeby znaleźć potrzebną mi książkę, a kiedy ją znalazłam, znajdowała się po za zasięgiem mojej ręki.
            Stanęłam na placach i wyciągnęłam się, ale to nic nie dało. Zaczęłam skakać ale to nie robiło najmniejszej różnicy, i tak nie sięgałam do wysokiej półki. W końcu pojawiła się ręką i wzięła podręcznik z półki.
- Ej, to moje! – zaprotestowałam.
- Przecież wiem- zaśmiał się Irlandczyk dając mi książkę do ręki.
- Dziękuję. – uśmiechnęłam się.
            Podeszłam do bibliotekarki która zeskanowała podręcznik i powiedziała że mam miesiąc czasu na oddanie książki. Schowałam ją do torby i ruszyłam do wyjścia. Wyszłam na zewnątrz i stanęłam obok samochodu i poczekałam na Nialla który szedł  telefonem w ręku. Jedną ręką otworzył mi drzwi a kiedy zajęłam miejsce zamknął je za mną. Okrążył auto i zajął wsiadł do samochodu.
- Dobra ja kończę, to do zobaczenia. – pożegnał się i schował telefon do kieszeni. – Dzisiaj wieczorem będzie u mnie kumpel.
- To ja pójdę do Mii.
- Nie trzeba, Liam to równy gość. – uśmiechnął się pod nosem a mi coś zaskoczyło w głowie.
- Jak się nazywa?
- Liam.
- Nie! Nazwisko. – poprosiłam.
- Payne.
- Fuck! – zaklęłam zaciskając pięści.
- Co się stało?
- Czy ten twój znajomy nie opowiadał ci o osobie znającej hipnozę, iluzję, że potrafi czytać z myślach? – zapytałam.
- .W to ostatnie nigdy nie wierzyłem. – wypalił po czym popatrzył na mnie. – Ty go znasz?
- To on mi daje leki! – byłam wściekła. - Nie czytam w myślach ale potrafię to zagadnąć

            Krew mnie zalewa myśląc o tym że mój najlepszy przyjaciel mnie okłamał w taki sposób, co za świnia, gnojek, debil, sukinsyn… i wszystko co złe na tym świcie. Ugh!!!

Komentujcie. Powoli zbliżam się do punktu gdzie kończą mi się rozdziały więc jakby się nie pojawiły nie obwiniajcie mnie, tata zabrał mi laptopa i mogę go tylko do nauki a i tak sprawdza co robię -.-.  Proszę zaobserwujcie też bloga o mnie to ważne ^^  http://karolinapiegza.blogspot.com/