sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 35

- A nie mówiłem. – wypali chwytając moje włosy w koński ogon  abym sobie ich nie obrzygała a drugą ręką głaskał moje plecy. Nigdy więcej nie wsiądę na Rollercoster. Nigdy.W.Życiu.
- Teraz ja wybieram. – oznajmił gdy lepiej się poczułam.
- No dajesz.
- Nawiedzony dom.
- Ahaaa. – nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
            Chłopak pociągnął mnie za rękę do nawiedzonego domu. Stanęliśmy  w kolejce. Okazało się że puszczają pojedynczo co dwie minuty. Żadnych par. Jezus a co jak mam arachnofobię*, ornitodobię*, ofitofobię*, klaustrofobię*, nyktofobię* i w ogóle to wszystko? Sama chyba nie wejdę bo dostanę zawału.
            Chłopak zniknął za potężnymi drzwiami nawiedzonego domu a ja patrzyłam przerażona na ogromne drzwi. Widziałam jak na jego twarzy pojawia się złośliwy uśmieszek. Jeden z mężczyzn dał znak żebym wyszła do środka. Przełknęłam ślinę i przestąpiła próg domu. Drzwi zamknęły się za mną z hukiem a ja pisnęłam. Szłam powoli ciemnym korytarzem. Miałam iść za liną. Posuwałam powoli ręką po sznurze i poczułam coś lepkiego. Była to zielona mać podniosłam głowę i tuż przed moim nosem pojawił się potwór oblepiony tą mazią. Zrobiłam krok w tył. Wpadłam do jakiegoś pomieszczenia i wylądowałam na materacu. Koło moich nóg przepełzły węże a ja zaczęłam piszczeć. Zaraz umrę nie dość że ciemno to jeszcze węże. Nagle poczułam lepiącą się siatkę. O Boże. Pająki! Zaczęłam krzyczeć, jeszcze niech jeszcze przylecą ptaki to już dostanę świra. Poczułam jak ktoś mnie łapię za rękę i zaczęłam piszczeć. Nie tak że cicho tylko na cały regulator, pewnie było minie słychać na zewnątrz.
- Uspokój się to tylko ja. – usłyszałam Nialla.
- Bo… bo ty są pająki, i węże i ciemno a ja…
- Czego ty się nie boisz?
- Liama i Mii. Wyjdźmy – jęknęłam. – proszę. – dodałam szeptem.
            Chwycił moją dłoń i wyprowadził mnie z okropnego miejsca. Dopiero po chwili zauważyłam ze się trzęsę. Starałam się opanować ale jakoś mi nie szło. Niall zdjął swoją bluzę i mi ją podał.
- Nie jest mi zimno. – powiedziałam.
- No w ogóle. Zakładaj – rozkazał.
            Posłusznie przełożyłam niebieski materiał przez głowę. Co z tego jak i tak się trzęsłam. Nagle zobaczyłam ogromnego miśka.
- Ja nie mogę, chce tego miśka. – powiedziałam i pociągnęłam chłopaka w stronę straganu.
            Zapłaciłam za strzały. Przyjęłam pozycję i strzeliłam trzy razy. Trafiłam 30 punktów.
- Nieźle. – poczochrał mi włosy.
- Wiadomo, tata nauczył mnie strzelać. – uśmiechnęłam się.
- Kim jest twój ojciec?
- On, był…jest – szybko się poprawiłam. – cyrkowcem.
- Fajnie. – odparł.
- A twój tata?
- Nie znałem ojca. – uśmiechnął się blado.
- Nie chciałam.
- Jest w porządku. – odparł – chodź wracamy do domu.
-A kiedy zdejmiesz bransoletkę?
- W sowim czasie.

            Usiadłam w samochodzie i oparłam głowę o szybę. Byłam naprawdę zmęczona. Z torebki wyciągnęłam leki nasenne i łyknęłam jedną tabletkę po czym oparłam głowę o szybkę. Po chwili leki dostały do krwi, powieki zaczęły mi ciążyć i poszłam spać.  

2 komentarze: