poniedziałek, 18 listopada 2013

Rozdział 39

- Lu co jest?
- Niall mnie wkurwił i tyle. – powiedziałam. No sorry ale nie codziennie obcy facet zakazuje ci się spotykać z najlepszą przyjaciółką.
- Jak byłabym na jego miejscy też bym ci zabroniła. – mruknęła. – A tak w ogóle to idziemy dzisiaj do …
- Nie idę. – powiedziałam.
- Ale…
- Mia nie mam ochoty, ten debil wprawił mnie w chujowy nastrój.
- Dobra, bez spiny. To co chcesz robić.
- Zaszyć się w domu…albo… - ruszyłam w stronę wyjścia szkoły zostawiając przyjaciółkę na środku korytarza samą. Z domu zabrałam tylko portfel i pobiegłam do kwiaciarni. Uśmiechnęłam się do sprzedawczyni i poprosiłam o bukiet róż. Zapłaciłam należną kwotę i złapałam busa. Wskoczyłam i zajęłam sobie miejsce. Po piętnastu minutach jazdy znalazłam się na miejscu. Przekroczyłam próg cmentarza i weszłam w jedną z najbardziej pustych uliczek. Na samym końcu była postawiona tabliczka z dwoma imionami i jednym nazwiskiem
Rosalie & Mark
Milla
Położyłam nowe róże przy nagrobku i usiadłam na ławce. Po policzku spłynęła mi łza ale się uśmiechałam. Nie byłam tutaj od kilku lat. Szkoda. Mogłam częściej odwiedzać to miejsce, w końcu to osoby które kocham najbardziej na świecie. Usiadłam po turecku i zamknęłam oczy. Zaczęłam wspominać co wyprawiałam z ojcem na mieście. To przechodzi ludzkie pojęcie. Potrafiłam zwinąć komuś portfel a potem oddać go mówiąc coś w stylu „wypadło to panu”. Razem z mamą piekłam ciastka a kiedy tata wpadał do kuchni to wszyscy kończyliśmy cali w mące. Chciało mi się śmiać. Raz miałam włosy w bitej śmietanie bo tata chciał wylizać miskę i ją upuścił kiedy ja stałam centralnie pod naczyniem. Cała bita była na mnie. Always be together.
Siedziałam na ławce i się śmiałam z tego co robiliśmy z rodzicami. Gdyby nie ten incydent w banku na pewno miałabym więcej do wspominania. Z uśmiechem na twarzy patrzyłam a grób rodziców. Opuściłam cmentarz i ruszyłam w stronę swojej pracy.
            Z tego co pamiętam mieliśmy liczyć dochody całego miesiąca. Weszłam do kawiarni i powitałam się z moją zamienniczką i usiadłam na kanapie. P chwili wszedł starszy pan który był tu szefem. Bardzo go lubiłam, Stephan był bardzo miły i lubił nas obie.
- Dziewczynki nie będę obijał w bawełnę.
- Co się stało? – zapytałam zmartwiona.
- Dochody kawiarni przestały być wystarczające. Muszę ją zamknąć.
- CO?! - wykrzyknęłyśmy razem z Melody.
- Ale jak to? Przecież codziennie przychodzi dużo klientów, mam dobre dochody.
- Przykro mi dziewczynki, naprawdę. – mężczyzna był smutny. – Ale to koniec.
            Nosz zajebiście! Jestem największą lebiodą życiową! Straciłam właśnie pracę, gdzie ja znajdę drugą taką? Przecież tu było tak fajnie. Nie wierzę. Opuściłam kawiarnię trzaskając drzwiami.
            Wbiegłam do mieszkania i usiadłam na kanapie. Dlaczego ja mam takiego pecha, ja na to nie zasłużyłam.  Dobrze się uczę, spędzam czas z przyjaciółmi, pomagam policji i co za to mam? Śmierć rodziców, zwolnienie z pracy i przestępcę na karku, ogromne dzięki Boże. Już wiem dlaczego jestem ateistką.
            Poszłam po torbę z przyborami do szycia, wyjęłam moją ”Starą znajomą”. Usiadłam na kiblu i zaczęłam ją obracać w palcach. Ścisnęłam ją w dłoni.
- Nie!. – warknęłam do siebie.
            To byłoby zbyt proste, zabić się, jasne, wszystkie problemy ulotnią się wraz zemną. Ha- ha. Poczułam ból w dłoni. Wypuściłam żyletkę do umywalki. Cała dłoń była zakrwawiona. Powoli wstałam z ubikacji i ruszyłam do kuchni. Usiadłam przy szafce z lekami. Wymyłam dokładnie rękę z krwi.
            Skrzywiłam się z bólu, ręka mnie szczypała. Opatrzyłam się i owinęłam dłoń bandażem. Zaczęłam się śmiać, wyglądałam jak bokser. Wstałam z ziemi i zaczęłam skakać trzymając gardę. Zamachnęłam się i walnęłam ręką o drzwiczki od szafki.
- O fuck! – zaklęłam chowając dłoń między nogi. – Aaaah!.
            Jestem geniuszę. Ja potrafię sobie zrobić krzywdę idąc ulicą. Usiadłam na kanapie i włączyłam mój telewizor. Niestety telewizji nie oglądałam długo bo prąd padł.
- Nie wierzę. – zaczęłam się śmiać.
            Chwyciłam telefon i wybrałam numer do Liama.
- Cześć bracie. – wypaliłam.
- Co jest?
- Bo wiesz, kiedyś powiedziałeś mi że mam ogromnego pecha co nie?
- Dzwonisz do mnie o 2 w nocy żeby mi to powiedzieć,
- Przypominam ci, ze wyraziłęś zgodę na dzwonienie w nocy kiedy będę potrzebowała pomocy.
- Dobra, wygrałaś.
- Tak więc wracając do tematu, jestem lebiodą, straciłam pracę i odcięli mnie od prądu i ciepłej wody, heh no i proszę cię o pomoc…
- Tylko…
- Stary nie musisz mi mówić że jesteś w delegacji, bo wiem że kłamiesz, wystarczyło powiedzieć, że mieszkasz z Danielle to się odwalę.
- Jasnowidzka. – rzucił do słuchawki.
- Wiesz że nie cierpię jak się mnie tak nazywa. – burknęłam.
- Jak poproszę Horana to na pewno zgodzi się ciebie przenocować, do puki nie znajdziesz pracy.
- Dzięki, togo mi właśnie trzeba było, mieszkania z przestępcą.
- Przypominam ci, że też nim jestem.
- Ale ty mnie traktujesz jak siostrę, a on nie.
- Łeb mu ujebię jak ci coś zrobi. – wiedziałam, że uśmiecha się do słuchawki.
- Dobra daj mu znać, ja spróbuję się przekimać. Do zobaczenia.

- Nara. – rozłączył się a ja upadłam z impetem na łóżko.


Hehs nie spodziewałam się aż 8 komów, serio, szok, ale
 że tyle wyświetleń (69 hehs) ------------->
No WooooooW thx i proszę o komy

5 komentarzy:

  1. Boskie!!!! Kiedy next????

    OdpowiedzUsuń
  2. Kwas świetna, a rozdział jest cudny! :) xx @PollKlaudia

    OdpowiedzUsuń
  3. hahahahaha zajebiste :D czekam na szybkiego nexta <3

    OdpowiedzUsuń
  4. hahha genialne <3 :D

    OdpowiedzUsuń