niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 47

*Perspektywa Lucy*
            O dziwo obudziłam się bez kaca. Miałam świetny nastrój żeby iść na zakupy a do tego potrzebowałam Mii. Leżąc w łóżku sięgnęłam po Iphone’a od Liama i wybrałam numer do mojej przyjaciółki. Po usłyszeniu kilku sygnałów usłyszałam zaspany głos brunetki.
- Ugh…Lu czy ty możesz wstawać o normalnej godzinie?
- Jest dziesiąta śpiochu, idziesz ze mną na zakupy?- Zapytałam słysząc jak dziewczyna biegnie do szafy się ubrać.
- Jasne tylko się ubiorę, spotkamy się na miejscu, tam gzie zwykle, Coffe Heven a potem zakupy tylko za ile. – słyszałam jak
- A ja wiem, dam ci dwie godzinki, bo musisz zrobić sobie jeszcze makijaż i dobrać ciuchy więc zajmie ci to z godzinę no i jeszcze śniadanie więc…no dwie godzinki.
- To do zobaczenia, ja kończę.  bo się nie wyrobię. – powiedziała i usłyszałam sygnał kończący rozmowę.
            Podniosłam się z łóżka i zauważyłam że jestem we wczorajszych ciuchach. Niall mnie nie ruszył, obiecał i dotrzymał słowa. Trochę się zdziwiłam bo nie ufam Niallowi, no cóż jeszcze nie dał mi powodu.
            Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej jasne rajtki, spódniczkę w szkocką kratkę i biały golf. Spojrzałam za okno i mina mi zrzedła. Padał śnieg co oznaczało zbliżającą się zimę, czyli święta, kolejki w sklepach, zimno, śnieżki i ludzie dzwoniący do małej ateistki składający życzenia świąteczne, a ta małą drobna osóbka ma je głęboko w dupie bo nie luci świąt i nie wierzy w boga.
            Zeszłam na dół i znalazłam się w kuchni. Niall zrobił śniadanie i podał mi gorącą czekoladę. Upiłam łyk i a Irlandczyk się zaśmiał.
- Co?
- Masz bitą śmietanę na nosie. – powiedział wskazując na nos.
- A ty czemu nie masz bitej? – zapytałam.
- Nie lubię.
- Dlaczego blondyn nie lubi bitej śmietany? Bo nie toleruje przemocy. –zaśmiałam się patrząc na Nialla.
- Ha ha ha. Ale się uśmiałem. – oparł się o wysepkę.
- Zawieziesz mnie do centrum?
- Nie namówisz mnie.
- Wiesz, jak nie chcesz być zahipnotyzowanym to lepiej posłuchaj.
- Nie szantażuj mnie bo to się źle dla ciebie skończy. – wypalił śmiertelnie poważnie a ja przestałam się uśmiechać. – Pojadę, za ile?
- Dwie godziny.

***

- O boże! Jaka cudna! – krzyknęłam przyklejając się do szyby jubilera. Spojrzałam na metkę małej bransoletki i posmutniałam. Cena była za wysoka żebym mogła sobie ją kupić, miała przywieszki i można było kupić moje inicjały.
- Chcesz na święta? – zapytała Mia, a ja zgromiłam ją wzrokiem.
            Niall plątał się z nami po galerii i pisał coś na telefonie. Powiedział że nie będzie jeździć w te  we w te więc po prostu pochodzi cały dzień z nami.

- Doskonale zdajesz sobie sprawę że jestem ateistką i nie mam zielonego pojęcia co to jest ta wasza magia świąt. Zgubiłam ją w wieku dwunastu lat, i nie mam ochoty odczuwać jej po raz kolejny. – wypaliłam i odeszłam od szyby. – Chodźmy na ciuchy poprosiłam i ruszyłam do kolejnego sklepu z przecenami. 

5 komentarzy:

  1. Cudowny jak zawsze <3 z kąt ty bierzesz na to pomysł ??? @mofos_ola Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  2. jejku <3 mam nadzieję że odwali jakiś numer xd

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham cię normalnie!!! Rozdział jak zwykle boski. Twój blog jest moim numer jeden z pośród wielu opowiadań, które czytam. Ma w sobie to coś, jest unikatowy. Jedyne co mi się nie podoba to to, że rozdziały są takie krótkie. * Patuu

    OdpowiedzUsuń