czwartek, 12 grudnia 2013

Rozdział 49



-Żartujesz prawda? – zapytałam patrząc na chłopaka.
- Wyglądał jakbym żartował? – warknął. – Wysiadaj, idziemy na piechotę. – wypalił i wysiadł z samochodu.
            Przewróciłam oczami i wykonałam polecenie blondyna który zmierzał w stronę lasu.
- Zgubimy się. – powiedziałam.
            Sięgnęłam po leki i pobiegłam za chłopakiem. To nie był dobry pomysł, byłam pewna że chłopak się zgubi i prędzej czy później się pogubimy.
- Jak można dopuścić do braku paliwa, gdzie ty masz mózg?! – byłam wściekła.
- Przepraszam bardzo że przejąłem się twoim zdrowiem i że zabrałem cię do lekarza! – krzyknął wyrzucając ręce w górę.
- O boże, nie kazałam ci! Trzeba było się mną nie przejmować. – powiedziałam.
- Zajebiście, święta w lesie. – warknął i się zatrzymał. – Kurwa.
- Zgubiliśmy się, prawda?
- Wiesz i pytasz. – warknął. – Jesteśmy w dupie. – kopnął kamień który poleciał daleko.
- Tak jesteśmy! Przez kogo? Przez pana opiekuńczego.
- Boże za co ją postawiłeś na mojej drodze! – warknął.
- To nie JA wjebałam ci się z butami w życie!
- Ja pierdole, to po co właziłaś do tego jebanego sklepu. – wykrzyczał.
- Boże, skąd mogłam wiedzieć, że dwóch idiotów z pistoletami wpadnie do niego po czym zabije sprzedawcę! Jakby mi ktoś powiedział, to bym cię nie poznała, zadowolony?! Dalej prowadziłabym moje pojebane życie nie mając pojęcia o drugim życiu mojego przyjaciela. – zamilkłam a chłopak nic nie odpowiedział.
            Wyjęłam telefon z kieszeni bluzy i wystawiłam go do góry. Zero zasięgu.
- Nie kłóćmy się bo to do niczego nie prowadzi. – westchnął.
            Zaczęłam się trząść. Nie dość że jestem chora to jeszcze znajduje się w środku lasu, w zimie, w śniegu po kolana.
- Masz. – podał mi kurtkę. – I nie waż się odmówić bo coś ci zrobię. – ostrzegł i bez słowa narzuciłam na siebie jego kurtkę. – Skoro jesteśmy w dupie, to może po powiedz o sobie.
- Co mam ci powiedzieć, moje życie w cale nie jest takie ciekawe. – westchnęłam zapinając jego kurtkę po samą brodę.
- W cale nie jest ciekawe. Przecież każdy wie że dlaczego wszystkiego się boisz, dlaczego najbardziej podły nastrój masz w święta, dlaczego umiesz to swoje hipnotyzowanie. – powiedział z sarkazmem.
- No dobra, od czego mam zacząć, większość rzeczy sprowadza się do jednego.
- No to mów.
- Jak miałam dwanaście lat moi rodzice zginęli kiedy napadnięto na bank. Mieszkałam z Liamem ale długo nie pozwalałam sobie pomagać. Od tego momentu boję się wszystkiego bo kojarzy mi się z śmiercią. Jeżeli chodzi o tą całą ”magię” to tata mnie nauczył, umiem dziesięć razy mniej niż on. A nastrój świąteczny? Jestem ateistką, gdyby bóg żył, nie zabrałby mi rodziców. – wytłumaczyłam.
- Nie wiedziałem…
- Wie tylko Mia ale nie całą historię, i Liam no i jego rodzice. Teraz ty.
- No to jestem z Irlandii co pewnie już zauważyłaś po akcencie. – zaśmiał się. – Ojciec żyje ale nie przyznaję się do niego. Wyrzucił mnie z domu na zbity pysk bo chciałem bronić matkę, którą zabił tydzień po moim odejściu. No i mam starszego brata. Razem z Harrym mam firmę informatyczną. Zacząłem pożyczać ludziom pieniądze a jak nie oddawali to po kilku latach…wzięło mi się to od tego ze kiedyś żeby mieć jakiekolwiek pieniądze byłem dilerem. No i nie jestem w stanie strzelić z lewej ręki. Ciążenie pistoletu wprowadza moją rękę w drgawki a dostałem kiedyś w nią kulą. – powiedział.
- Ktoś się otworzył. – zaśmiałam się.
- Nie tylko ja, przecież nic o tobie nie wiedziałem. Spróbujmy znaleźć drogę albo chociaż zasięg.
- Tak z ciekawości, masz pokój z instrumentami a na nich nie grasz, po co ci one.
- Lubię grać ale nie mam czasu.
- Dobrze wiedzieć. – spojrzałam na telefon. – Mam zasięg! – krzyknęłam.
            Wykręciłam numer do Liama. Niall się szeroko uśmiechał, dobrze wiedzieć cokolwiek o tym chłopaku, chociaż nie jest t byle co. Wiem co z jego rodziną. Ucieszyłam się że doszliśmy do porozumienia a nie wydzieraliśmy się na siebie przez cały czas.
            Liam nas znalazł. Samochód do domu odwiozła Danielle. Podziękowałam im no i usłyszałam wesołych świąt no co lekko się skrzywiłam.
            Weszłam do domu. Niall stawiał kolację na stole. Rybcia jej. Usiadłam do stolika i zabrałam się za jedzenie. Zjadłam i przenieśliśmy się do salonu. Chłopak zniknął z salonu po czym wrócił do pomieszczenia z małym czerwonym pakunkiem.
- Jezu Niall nie! – jęknęłam.
- Właśnie tak, ja nie jestem ateistą a w święta trzeba uszczęśliwiać innych, bież i nie marudź.
- Ale…
- Lucy. – przerwał mi.
            Wzięłam małe pudełeczko od niego i usiadła na kanapie. Rozdarłam papier i podniosłam wieczko. Moim oczom pokazała się bransoletka z moimi inicjałami. Moje oczy momentalnie się rozszerzyły.
            Rzuciłam się blondynowi na szyję. Mocno go przytuliłam.
 - Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! – przytuliłam go z całej siły a on odwzajemnił uścisk.
- Jest ze złota żaby cię nie uczuliła.
- Naprawdę? Jezu dziękuję! – nie chciałam go puścić.
            Ta bransoletka z tego sklepu była naprawdę piękna, a wiedziałam że cena była droga nawet jak na imitację. Nie mogłam sobie wyobrazić ceny prawdziwej bransoletki.
- Lu, nie mam powietrza. – speszyłam się i puściłam chłopaka.  – Dziękuję. Co ty na kiczowaty film o świętach.
- Dobra niech ci będzie.
            Usiedliśmy na kanapie. Otuliłam się kocem i oparłam głowę o zagłówek. Nawet nie wiem kiedy zmorzył mnie sen.  

Mam nadzieję ze się podobało, teraz rozdziały będą dodawane rzadziej bo mój laptop poszedł do naprawy (nareszcie) rozdział jest troszeczkę dłuższy niż zwykle :) Do następnego (oby w weekend)

7 komentarzy:

  1. Pierwsza ha! ( odstawiam mój zajebisty taniec szczęścia xd) Rozdział świetny, szkoda że kolejne rozdziały będą rzadziej. Pozdro Patuu xoxo

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejuuuuuu! Jaki zajebisty <3 Ale dlaczego taki krótki?!? :c Wielka szkoda!! :c Pisz next <3 Kocham i życzę miłego pisania i weeeeeeeeeeny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Nominuję Cię do Liebsten Awards :) więcej na http://zakazanydotyk.blogspot.com/2013/12/liebsten-awards.html#comment-form

    OdpowiedzUsuń
  4. o ja. cos iskrzy miedzy nimi. tak tak :))))

    OdpowiedzUsuń