poniedziałek, 16 grudnia 2013

Rozdział 50 (yeah)

*Perspektywa Nialla*
           
            Liam coś wspominał, że jak jest chora to śpi sama z siebie. Zasnęła po pięciu minutach głupawego filmu więc po prostu włączyłem laptopa. Wyszukałem filmów które biją rekordy oglądalności na świecie. Nagle pojawił się tytuł „Warsaw schor”. Włączyłem z ciekawości. Szczerze powiedziawszy w życiu bym nie pomyślał ze można być bardziej pojebanym niż osoby z tego typu brytyjskich czy amerykańskich filmów, ale ci ludzie bili wszystkich na głowę. Żeby chlać przez dwadzieścia cztery i bzykać się z każdym, no cóż na temat seksy nie schodźmy bo nie jestem lepszy, ale bycie na kacu gigancie przez cały dzień? Pozdro dla ludzi.
            Odłożyłem laptopa wracając od nudnego telewizora. Po pewnym czasie zauważyłem na czole Lu krople poty. Mogły być wynikiem gorączki albo koszmaru. Położyłem jej rękę na czole, fakt było ciepłe ale nie przesadzajmy. W pewnym momencie, dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej z krzykiem a zaraz potem schowała twarz w dłonie.
- Lu co się stało? – zapytałem.
- Bo…ja…moi rodzice…- musiał jej się śnić dzień w którym zmarli jej rodzice.
            Szybko wziąłem ją w ramiona a dziewczyna się tylko przytuliła. Podejrzewam że dlatego nie śpi. Jeżeli to jest koszmar t ja nie chciał bym mieć przed oczami mojej matki umierającej przez ojca.
            Czułem się jakbym przytulał pięciolatkę a nie osiemnastoletnią dziewczynę. Drżała w moich ramionach a ja tylko ją uspokajałem. Na chwile się do niej oderwałem i pobiegłem do jej pokoju. Stanąłem w drzwiach zdezorientowany, od jej przeprowadzki nie byłem tu ani razu a pokój był nie do poznania, wszędzie walały się jej książki i ubrania, nie mówiąc już o łóżku które było nie pościelone i kołdra była rozbebeszona na wszystkie strony. Znalazłem jej owieczkę i wróciłem do salonu gdzie dziewczyna nadal była roztrzęsiona. Dałem jej przytulankę a ona od razu wzięła ją w objęcia. Przyłożyłem jej rękę do czoła i postanowiłem przygotować jej herbatę z sokiem malinowym, oraz leki.
- Nie wezmę tej chemii do ust. – powiedziała patrząc na leki.
            Jej policzki dalej były opuchnięte od płaczu ale już nie płakała. W życiu nie poznałem tak bardzo pogmatwanego człowieka. Popatrzyłem na nią, dalej miała minę, która wyrażała że nie weźmie ani jednej tabletki do ust. Usiadłem na kanapie rozłożyłem ramiona na oparcie sofy.
- Liam mi powiedział jak skutecznie zmusić cię do wzięcia leków, a ja mam też swoje sposoby. - uśmiechnąłem się, musiałem zmusić ją do połknięcia leków. - Wiesz łaskotki to jedno, a bezsenna noc to drugie.
- Nie odważysz się. - wyprostowała się jak struna.
- Zabijam ludzi, sądzisz że nie odważę się zabrać ci leki nasenne. - nie zabrałbym jej tych leków.
- Dawaj te leki. - jęknęła. Wiedziałem że się podda, chyba doskonale zadaje sobie jak to jest nie spać kilka dni.
            Podałem jej tace a dziewczyna szybko łyknęła proszki i popiła herbatę.
- Słuchaj…-zaczęła. - sorry za to…no wiesz. - chodziło jej o nagłą pobudkę. - ja tak czasami mam…jak zasnę sama z siei to mi się śni, no dzień w którym straciłam rodziców. Jedynym światkiem czegoś takiego był Liam.
            Nie wiedząc co robię, rozwarłem ręce w geście uścisku. Dziewczyna mocno się do mnie przytuliła.

*perspektywa Lucy*

            Od świąt moje stosunki z Niallem są dużo, duże lepsze. Jest dla mnie bardzo miły, z resztą ja dla nie go też, oczywiście kłócimy się o głupoty na przykład o moją chorobę, bo ja nie mam ochoty brać leków a on ciągle szantażuje mnie zabraniem leków nasennych, czasami mam wrażenie że udaje tylko miłego a wyjeżdża z tym zasranym szantażem. Udało mi się go wynudzić aby mnie zabrał do firmy informatycznej. Mamy tam pojechać dopiero jutro rano, pewnie się zgodził bo ma mnie mieć na oku, czuję się trochę jak małe dziecko, które sobie nie radzi.

***
            Niall szturchnął mnie w ramię.
- No weź. Jak chcesz jechać to zbieraj się. - dalej usiłował mnie obudzić. - Księżniczko…jak chcesz jechać ze mną wstawaj! - zabrał mi kołdrę.
            Od razu zrobiła mi się zimno, spałam tylko w koszulce i majtkach więc od razu sięgnęłam po koc zasłaniając nogi. Popatrzyłam na niego groźnie.
- Wyjdziesz czy nie?
- Nie, muszę mieć dowód że wstaniesz. - powiedział i popatrzył na mnie. 

            Wstałam usiłując naciągając koszulkę poniżej tyłka ale wiedziałam że to nie możliwe. Wzięłam moje czarne getry, skarpetki z reniferem, czerwoną tunikę z reniferem i kremowy komin. Zasłaniając włosami swoje lekko zaróżowione policzki opuściłam pokój.

Wybaczcie że prawie przez tydzień nie dodałam  rozdziału ale w weekend mnie rozłożyło (mam jakiegoś wirusa) i nie miałam laptopa bo poszedł do naprawy, jeszcze raz wielkie sorki i dziękuję za komy XD

7 komentarzy:

  1. Kocham twoje opowiadanie <3 Życzę zdrowia (jeżeli jeszcze trzyma to pakudztwo) i weny.
    Czekam ze zniecierpliwieniem na kolejny i mam nadzieje, ze pojawi się jak naj szybciej. Trzymam kciuki <3

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest nieziemskie czekam na następne pisz dalej ;-) pozdro ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie masz za co przepraszać, sama jestem chora. Najprawdopodobniej mój jakże kochany braciszek zaraził mnie grypą bostońską ( jej) Rozdział jak zwykle świetny. Czekam na kolejny. * Patuu P.S mogę dedykacje.

    OdpowiedzUsuń
  4. wow, super. ^--------------^ 69.. XD Nie no zart. Ja jestem duzym zboqiem XD Superowy, i swietny ♥
    Vicki

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialne. Kocham charakter Lucy. :) xx

    OdpowiedzUsuń